piątek, 28 października 2016

08. O dorosłym życiu słów kilka

 Dzisiaj może się wydawać, że będzie post z dupy. Nie napiszę o swojej tożsamości, a jedynie podzielę się moimi spostrzeżeniami na podstawie tego, co sam przeżyłem - niewiele, ale więcej niż moi rówieśnicy. Tyczyć się będą sytuacji na rynku. Wiem, zaczyna brzmieć to nudnie, jak wykład na jebanej geografii, w dodatku przymusowy, że nawet nie możesz wyciągnąć kanapek i na nim jeść - siedzisz tylko rozdrażniony, wlepiając się bardziej w zegar nad rzutnikiem niż w samą prezentację. Ale obiecuję, że tak nie będzie, możecie nawet wyciągnąć swoje zasrane kanapki.
 Kiedy rzucałem swoją szkołę, byłem wściekły na wszystkich, na nauczycieli, niedorozwojów których miałem w klasie, cały w sumie syfiasty system i program nauczania. Byłem przekonany absolutnie w stu procentach, że nie będę szedł na żadne studia, bo to strata czasu i pieniędzy, bo tyle się mówi, że magister a na budowie teraz robi. Nie widziałem też siebie na żadnym kierunku, bo moje zdolności matematyczne są niewiele większe niż zwykłej myszy polnej, a zdolność szybkiego kojarzenia i zapamiętywania można by przyrównać do leniwca stopniowo przebudzającego się na gałęzi. Taki mam speed. Więc rozumiecie, o pójściu na studia nie było mowy. Wybrałem sobie alternatywę, czyli studium fryzjerskie, i tego postanowiłem się trzymać. Ale żeby nie odbiegać zbytnio do przodu i zachować kolejność zdarzeń, zwizualizuję jeszcze raz początkową sytuację: rzucam szkołę, totalnie w pizdu, totalnie bez słowa, wyjeżdżam do miasta. Kierowała mną chęć ucieczki, jak najszybciej i jak najdalej. I nie chodziło tylko o szkołę, ale z rodziną też miałem lekko mówiąc przejebane, bo przez to, że powinęła mi się noga, wszystkim domownikom zwyczajnie odpierdoliło i chcieli żebym szedł do tej szkoły, w to gniazdo szerszeni, chociażby na kolanach i chociażby podprowadzonym za rękę do samej ławki. A ja serio nienawidziłem tego miejsca, najbardziej za homofobiczne ataki z jakimi się zmagałem od gimnazjum. Nigdy nie byłem tak odporny, żeby mieć to w dupie, wolałem się poddać i uciec jak najdalej. Nie myślcie, że w tym przypadku coś się zmieniło.
 Zacząłem od pracy w małym spożywczaku, gdzie robić musiałem dosłownie wszystko, istny zapierdol - wrzucać bułki do pieca, wykładać je starannie i elegancko, pilnować dat przydatności do spożycia na swoim wyznaczonym dziale, zamiatać, myć, ścierać półki, wykładać i ważyć ciasto, przyjmować dostawy, robić zapiekanki/hot dogi, w międzyczasie zaiwaniać na mięsno-serowy kroić na wagę i wydawać, no i oczywiście obsługiwać za ladą - na stojąco, cały czas na stojąco. I tak od 6:00 do 15:30 albo od 15:30 do 23:00. Doliczając dojazd do domu, wracałem po drugiej zmianie zawsze prawie o północy. Ale zapierdol to jeszcze nic, pracowałem tam tydzień (tak, tylko tyle wytrzymałem, bo po powrocie płakałem z bólu całego ciała) a już niemal udało im się wrobić mnie w minus w kasetce, przy okazji laski pracujące tam obrabiały mi dupę przed kierowniczką. Podziękowałem, a raczej rzuciłem taką robotę w pizdu, zwyczajnie więcej nie przychodząc.
 Później pracowałem w kiosku na trzy zmiany. Fizycznej roboty miałem mniej, za to musiałem ekspresowo wszystkich obsługiwać. Jeśli przy okienku stały dwie-trzy osoby, szef opierniczał mnie, że "robi się kolejka" i dyszał nade mną lustrując moje ruchy, narzekając ciągle, że mam je jak "mimoza" i że, oczywiście, mam się pospieszyć. Później przytaczał tą swoją stałą procedurę, że to jest kiosk przy pętli, że tu trzeba się szybko ruszać. Kontrole miałem codziennie, czasami po kilka razy. Widocznie mieszkał gdzieś w pobliżu i nie miał co robić w domu. Określiłbym go jako despotycznego szefa, chociaż jedno muszę mu przyznać, że był uczciwy. Ale wzbudzał we mnie tak wielki strach, że wracałem wkurwiony. Do tego doszły w późniejszym czasie nocki, gdzie wracałem do domu o 7:00, blady, z twarzą zajechanej trzydziestolatki. Zaczepiali mnie tam ćpuny (ze dwóch było, którzy przychodzili regularnie) i jeden podejrzany czarnoskóry (i nie chodzi o to, że był podejrzany, bo był czarnoskóry, tylko naprawdę był dziwny z tym swoim kręceniem się wokół mojego kiosku i rzucaniem dziesięciocentówek żebym sprzedał mu dezodorant). Bałem się tych nocek, gdzie byłem sam, samiuteńki, i nikogo w promieniu 15 metrów. Zaryzykowałem więc i się zwolniłem, a po tygodniu otrzymałem pracę na wyspie kosmetycznej. I jest to miła praca, bo polega na siedzeniu na krzesełku i obsłudze klientek co jakąś godzinę, jednakże to jest właśnie najgorsze - obsługa klientek. Obsługa czasami jest z mojej strony niewymuszenie miła, kiedy owe przychodzące do mnie Panie są miłe, ale równie często zdarzają się wybredne, marudne, zniechęcone i psujące Ci dzień. Nie cierpię obsługi klienta, nie cierpię też tych problemów, które czasami robią, jak zwroty, pretensje do tego kto im to sprzedał, dzwonienie do szefostwa oraz wizyt tajemniczych klientów. Jest to jednak chyba jedna z niewielu prac, które ja - kalekie dziecko - mogę wykonywać.
 Do jakiego generalnie wniosku doszedłem? Że jeśli nie chcesz zapierdalać w gównianych robotach, potrzebujesz kursu, studium lub studiów - uporządkowane od najbardziej prawdopodobnej w efekcie fizycznej pracy do najmniej prawdopodobnej. Ale to nie wszystko, potrzeba planu na życie. Konkretnego, zajebistego planu. Po kilku godzinach płaczu i załamania swoją popierdoloną sytuacją, ogarnąłem się i dotarło do mnie, że za szybko, żeby się poddawać - muszę ułożyć plan i go zrealizować, muszę wykorzystać to, że jestem chociaż trochę ambitniejszy i bardziej myślący od większości społeczeństwa i kierować się swoją zaradnością (droga zaradności, jeśli gdzieś we mnie istniejesz). I to tyle, co mogę póki co zdradzić, rozpisałem swój plan na kartce w punktach, co muszę zrobić, a pierwszym punktem jest "zdać maturę". Jeśli nie wyjdzie, mam plan awaryjny, jeśli wyjdzie - tym lepiej dla mnie, ale w końcu wyjść musi. Podzieliłem się moimi doświadczeniami które nabyłem do tej pory, podzieliłem sie też moimi wnioskami, mam nadzieję, że i Wy wyciągniecie swoje własne, mądre i rozsądne, i jednak pomyślicie jeszcze raz, czy nie spróbować zdobyć wyższego wykształcenia. Jeśli chcesz jak ja utrzymać mieszkanie, dostać kredyt na własne mieszkanie, mieć za co jeść, ubrać się i nakarmić psa, potrzebujesz niestandardowego planu. I najważniejsze, co już powiedziałem: jest za wcześnie, żeby się poddawać.