piątek, 2 września 2016

03. The day I realized I'm a boy.

 Wbrew powszechnie przyjętemu mitowi, nie znam nikogo (ani sam jedną z takich osób nie jestem), kto od dziecka wiedziałby, jakiej jest płci. Powodem tego jest fakt, że dzieci nie wiedzą, co mają w spodniach. Nie odczuwają popędu ani nie utożsamiają się z żadną z płci, dlatego chłopcy mogą bawić się razem z dziewczynami w dom, szkołę, doktora, a zabawki - nie oszukujmy się - dobierają im rodzice. I ja sam byłem bardzo uniwersalny, bawiłem się z kolegami lalkami, a później jeździłem z nimi rowerami po lasach i uciekaliśmy przed dzikami, wróżyliśmy sobie "jaki będzie Twój wymarzony chłopak", a potem skakaliśmy przez płoty żeby kraść gruszki. Zarówno ja, jak i moi koledzy, jak widać, nie czuliśmy różnicy płci. Zaczęliśmy po skończeniu 2-3 klasy podstawówki. I nagle w klasie zrobiły się dwa obozy - dziewczyn i chłopaków. Obozy te były coraz mocniej widoczne im starsi się robiliśmy. Po pójściu do gimnazjum spanie razem już nie było ok, nic nie było ok, nawet z dziewczynami, bo już wtedy zacząłem być posądzany o lesbijskie zapędy, a plotka się niosła, i w ten sposób nieświadomy niczego wracałem na drugi dzień do szkoły by dowiedzieć się od paru życzliwych osób, że przystawiałem się do bogu ducha winnej ofiary, którą była moja przecież przyjaciółka. Z tych i wielu innych przyczyn przestałem ufać ludziom, a "przyjaciółkom" zwierzać się z tego, że czuję, że coś jest we mnie innego. Pamiętam, że jak miałem mniej więcej 13 lat, w naszej klasie był nawet pewnego rodzaju "klub biseksualistów", do którego i ja należałem, i z naszej czwórki do tej pory wyłamała się tylko jedna osoba (była to dziewczyna, która, czego jestem pewien w duchu i mam na to pewne nudne argumenty, chciała po prostu przypodobać się naszemu koledze). A więc ci, którzy poczuli się inni, zauważyli to u siebie dość szybko, ale nie na tyle szybko, by być jeszcze dzieckiem! Przez lata przewijało się przez moje palce wiele znajomości z innymi "biseksualistami", "homoseksualistami", ale nikt z osób, które poczuły to po czasie, nie był tak szczery z tym, jak nasz właśnie mały klub. Nie miał wtedy na nas wpływ internet ani moda, nie byliśmy też ze sobą związani przyjaźnią, było to raczej tylko miłe przekonanie, że nie jest się z tym samym.
  Lata mijały, próbowałem być wszystkim. Na poważnie podjąłem się bycia chłopakiem w wieku 15 lat, ale o tym, dlaczego przerwałem i jak to wyglądało, opowiem może innym razem. Chciałbym w tym wpisie skupić się na dniu, w którym absolutnie stuprocentowo poczułem, że jestem sobą. Dzień ten nastał po uwolnieniu się od szkoły, małego miasta z którego pochodzę oraz opinii rodziny: "a co powie babcia jak zobaczy, że ściąłem włosy, a co powie dziadek". Zacząłem wtedy mocniej skupiać się na sobie, i gdyby przedstawić to za pomocą wykresu, to mój wiek lat piętnastu byłby wysokim skokiem o 15 kresek w górę, później uśpionym stanem 2-3 kreseczek i wreszcie, z wiatrem wolności we włosach, nastał skok o 50 kresek, później więcej i więcej, a teraz jestem już chyba na etapie "rysujemy nowy wykres, tym razem postępów, bo świadomość została osiągnięta". Zaczęło się śmiesznie i przypadkowo, jak poprzednim razem, bo chciałem zrobić mojemu chłopakowi niespodziankę (na szczęście jest takim samym trudnym przypadkiem jak ja, ale kocha mnie na tyle, by akceptować siebie i mnie). Zdjąłem swoją spódniczkę, odpiąłem treski i założyłem swoje ciuszki, trochę wręcz za małe, męskie, które leżały w szafie od tamtego czasu nie noszone już przeze mnie. I coś się we mnie zmieniło. To było jak głośne klaśnięcie w ręce nad uchem przysypiającej osoby. Później zdecydowałem się wyjść tak na miasto. I od tamtego dnia, stopniowo, powoli, szukając w tym szaleństwie również swojego stylu, stawałem się coraz bardziej szczęśliwy. Oczywiście, nie wiedziałem, co się dzieje. Zajęło mi dość sporo czasu rozmyślanie nad sobą. Założyłem tumblra (link z boku), gdzie zacząłem gromadzić piękne rzeczy, które mi się podobają. I tak po nitce do kłębka, i odkryłem siebie. A kłębek ten okazał się multum ukrytej pewności siebie, szczęścia, radości z siebie, z życia, i wyzwolenia seksualnego. Nagle moja niechęć do soft porno, damskiego działu, damskich zachowań, ich towarzystwa, ich zainteresowań... Wszystko stało się takie jasne i oczywiste. Takie proste i takie ukryte jednocześnie, schowane tak, że sam nie wiem, jak udało się temu wyjść na światło dzienne. Zacząłem płakać ze szczęścia coraz częściej, im większe zmiany wnosiłem w swoje życie i siebie. Miewałem i miewam strach w sobie, niepewność czy wszystko robię ok, ale wsłuchuję się wtedy w swoje emocje, w to, co mówi mi serce, czy na widok czegoś pięknego ściska mnie w sercu czy w brzuchu (serce to ja, a brzuch i niższe rejony to pożądanie), czy czuję radość wypełniającą mi głowę, czy mimowolnie wykrzywiam usta. Wsłuchanie się w siebie pozwoliło mi odkryć tyle prawdy o sobie, że tylko sobie tak myśląc i myśląc w kółko (albo i spychając w ogóle ten temat na bok, bo "operacje są drogie i miejmy nadzieję, że mnie to nie dotyczy") nie doszedłbym do tej ukrytej we mnie osoby. A jednak ona istniała. Pokazywała się co jakiś czas mocniej, a najczęściej po cichutku, ale była tym brakującym puzzlem układanki. Tym, co naprawiało niepasujący element.
 Jeśli mam smażyć się w piekle za tatuowanie się, zmianę płci - czytaj: poprawianie "doskonałej natury", biorę to na klatę. Bo życie w takim więzieniu, jakim jest złe ciało i przypasowane mu złe role, problemy z którymi ja - chłopak - sobie nie radzę, jest JUŻ piekłem. Przeżyłem dopiero świadomie z tym ciałem jakieś 5 lat, i nie wyobrażam sobie żyć tak do końca. To tyle w tym temacie. Dziękuję za uwagę.

 O swoim pierwszym poważnym odkrywaniu siebie napiszę, jak mówiłem, innym razem.