środa, 14 września 2016

04. Pragnienie życia w zgodzie ze swoją orientacją.

"Larwa to znak przeobrażeń. Dlatego gdy tylko pojawi się w Twoim śnie, możesz nastawić się na wielkie zmiany w swoim życiu."
"Sen ten oznacza, że mimo iż nie widzisz na razie szans na szczęście, powinieneś cierpliwie znieść wszystko, co przynosi Ci los, gdyż na pewno kiedyś je osiągniesz."

  Dziś będzie mniej miło i spokojnie, a bardziej smutno i emocjonalnie. To dlatego, że po kilku dniach planowania tego wpisu, wreszcie mogę wylać swój żal. Mnóstwo niewypowiedzianych słów. Mnóstwo tłumionego krzyku, ukrywania się za delikatnym uśmiechem i milczeniem. Więc co jest, do cholery, nie tak?
 Zaczęło się od rozczarowania. Znajdujesz miłość swojego życia, masz nadzieję, że teraz wszystko będzie w porządku. Wszystko się układa, ona wprowadza się do Ciebie, zapisuje do Twojej szkoły. Odległość 620 km przestaje istnieć, masz ją przy sobie. Wydaje się taka krucha i delikatna, chcesz się nią opiekować, przedstawiasz swojej rodzinie i znajomym. Otaczasz ją ramieniem, ofiarujesz w miarę spokojny dom, bo nie mogłeś znieść, że ona miała tak ciężko. Wydaje się...
 Mijają miesiące. Odcinasz się od znajomych, bo czujesz się zobowiązany opiekować nią, poświęcać cały swój czas, by ta drobna istota nie czuła się obco w nowym mieście. Ona jest wpatrzona w Ciebie jak w obrazek, nic bez Twojej zgody nie zrobi, o wszystko pyta, prosi, stara się o Ciebie. Wie, że jesteś jedyną tu bliską jej osobą. Matka co prawda ostrzega Cię, że coś jest nie tak, że dostosowujesz się do niej za mocno, że przestałeś się uczyć, bo rozmawiasz z nią całymi dniami, bo skoro ona nie ma siły, to Ty nie możesz sięgnąć za książkę, bo się obrazi, że umiesz więcej zamiast spędzić z nią trochę czasu. Tak się zaczęło, od książek, jej dyktowanie. Twoja krucha i delikatna dziewczyna zaczyna czuć się coraz pewniej w nowym miejscu, wyczuwa, że masz dobre serce, uczy się, jak Cię przekonywać, poznaje Twoje słabe punkty. Ubiera koronę na głowę, stojąc na Twoich barkach. Za Twoim pośrednictwem może już wszystko. Ale Ty jesteś przecież zakochany.
 Kochasz ją tak mocno, że olewasz naukę, bo spędzasz z nią cały swój czas. Później olewasz lekcje, bo nic nie umiesz. Wreszcie grozi Ci niezdanie, a Ty poddajesz się i uciekasz z nią do dużego miasta. Podejmujesz pracę i szkołę jednocześnie, spędzasz tam całe dnie, wracasz nocą. Ona nie pracuje długo, zwalnia się po dwóch miesiącach, licząc, że znajdzie coś lepszego (nie znalazła). I któregoś dnia odkrywasz, że kiedy jesteś w pracy, ona utrzymuje kontakty z innymi osobami. Zaczyna się dziwnie zachowywać, chować przed Tobą telefon, blokować go hasłem... Kiedy przychodzi do kłótni, wyrzuca Ci, że całe dnie nie ma Cię w domu. Chce Ci się ryczeć z wściekłości i zmęczenia. A to dopiero początek.
 Coraz bardziej pojebane kłótnie, coraz więcej psychozy w nich. Pamiętasz swoje kłótnie z matką, więc chcesz tej psychozy uniknąć. Z każdą kolejną kłótnią wyciszasz się, obojętniejesz. Już nie krzyczysz kiedy zauważasz, że flirtuje na telefonie. Już nie boisz się, kiedy przykłada Ci nóż do twarzy. Przestajesz się tłumaczyć, zaczynasz rzucać krótkim kłamstwem na odczepne, dla świętego spokoju. "Z kim rozmawiasz?" - "Z nikim".  Mama daje Ci sygnały, że coś jest nie tak, że kiedy wychodzisz do pracy, ona cały czas z kimś pisze. Wiesz o tym dobrze. Znów i znów przyłapujesz ją na otwartych okienkach, śmiać Ci się chce, kiedy widzisz jej spłoszony wzrok... Śmiać i wyć z wściekłości.
 Któregoś dnia, kiedy ona jest tydzień u rodziców, wpadasz na durny i mądry plan, żeby sprawdzić swoją przyszłą małżonkę (tak, za rok mieliśmy brać ślub i wspólny kredyt na mieszkanie). W końcu nie miałeś żadnych ostrych dowodów na zdradę, ze wszystkiego jakoś się tłumaczyła, nie mogłeś nic jej zarzucić. Zakładasz nowe konto na facebooku, wstawiasz na profilowe jakiegoś przystojnego gościa z Ukrainy czy Rosji, cholera już wie, i piszesz do niej. Nie jest najgłupsza, więc bada teren, pyta Cię, czy założyłeś nowe konto, bo ją ktoś zaprosił. Udajesz zazdrosnego i mówisz, że to nie Ty. Pytasz bezsensownie, kim jest ta osoba - wszystko dla pozorów. Kiedy poczuła, że może działać, odpisała gościowi, który nie istnieje. Mnie już dla niej nie było, przestałem istnieć. Unikała rozmów ze mną, kłamała spytana o niego, że nie wie, kim jest, że popisała tylko chwilę - w rzeczywistości pisała z nim kilka dni i nocy, łatwo dała się namówić na cyberek. Jak dzwoniłeś i pytałeś co robi, mówiła, że ogląda serial z mamą, a naprawdę nie chciała z Tobą rozmawiać, bo pisała właśnie z nim. Była nieobecna, niechętna, rozkojarzona. W końcu pieprznęła opisem o tym, jak robiłaby gościowi loda. Sięgasz po wódkę, bo na trzeźwo nie da rady prowadzić tej rozmowy. Kilka głębszych łyków, i dowiadujesz się przy okazji, że była z Tobą, bo ktoś się nią musi zajmować, utrzymywać, nigdy Cię nie kochała i w ogóle jesteś przeciętny. Ślini się do gościa, którego Ty udajesz, gotowa jest się z nim spotkać, umawiacie się. I znikasz nagle, bo już nie dajesz rady ciągnąć tych rozmów, tak to cholernie boli, że dziewczyna, z którą byłeś dwa i pół roku... Ah, szkoda gadać. Od tej pory wycofałem się i odciąłem emocjonalnie od niej. Choćbym zastał ją w łóżku z kimś innym, już nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. Zerwała ze mną jeszcze przed przyjazdem, na chacie, bez zbędnego pierdolenia się. Kiedy przyjechała, leżałem na łóżku i sączyłem Lubelską. Na pytanie, "co tam u mnie", odpowiedziałem, żeby się nie spieszyła z rozpakowywaniem, bo ten chłopak raczej nie przyjdzie. Strach w jej oczach, drżące "ph wiedziałam że to ty" będę pamiętać pewnie do końca życia. Generalnie, od tamtych zdarzeń, czy raczej tej ostatniej kropli w czarze goryczy, stałem się absolutnie wycofany społecznie, nieufny, i pewny, że nikt nie jest godny zaufania i poświęcenia mu czasu.
 Pewnie każdy mądry i rozsądny człowiek powiedziałby w tym momencie "hm, mam nadzieję, że z nią skończyłeś". Nie skończyłem. Po kilku dniach unikania się i jej przekonywania, że "dobrze wiedziała, że to ja", że "sama się bawiła" (w co nikt by nie uwierzył), dla świętego spokoju pozwoliłem, żebyśmy do siebie wrócili. Nieswojo jest przebywać cały czas z byłą w jednym pokoju, prościej jest ustąpić i wrócić do starego życia, w którym i tak już nie ma miejsca na związek. Związek bez związkowego zachowania. Za jakiś czas znowu poczuła się i pewnie i odpuściła, czyli wszystko po staremu.
 Mogłem mieszkać sam, ale ona nie ma zamiaru się wyprowadzać, a ma do tego mieszkania takie samo prawo, bo tak sporządzona jest umowa. Tutaj nikt nie potrafi mi nic doradzić, i ja sam czekam na jakieś rozwiązanie tej sprawy, zastanawiam się codziennie, co tu zrobić. Mam do wyboru wyprowadzić się do Warszawy i być razem, tylko po to, by obojgu było wygodniej finansowo, albo zostać we Wrocławiu z mamą i podjąć szkołę fryzjerską tutaj (też nie są gorsze).

 W tym momencie zastanawiam się, czy nie usunąć tych przykrych wspomnień i nie zacząć od nowa od pisania tego, o czym naprawdę miałem, ale wydaje mi się, że ta historia jest dość niezbędna, żeby zrozumieć dalszą część mojego wpisu.

 Chodzi o to, że oddaliliśmy się od siebie, ale ja nie przestałem chodzić do psychologa i walczyć o naprawienie mojej płci. Nie straciłem nadziei na to ani motywacji, wręcz zmotywowałem się jeszcze bardziej do pracy, bo chciałem pokazać jej, że ja będę najlepszym chłopakiem, jakiego dane jej było poznać. Teraz oczywiście mi już na tym nie zależy... Emocje opadły. Czując się wolniejszy, zacząłem sam pisać z różnymi chłopakami. Najpierw przedstawiałem sprawę jasno, że jestem transem, ale teraz, kiedy jestem już w trakcie kończenia diagnoz (najpóźniej do połowy października będę mieć to za sobą i zacznę leczenie), przestałem. Bo przecież nie jestem transem na stałe, jestem chłopakiem, więc dlaczego mam się czuć winny i spowiadać każdej nowo poznanej osobie? Nie oszukuję przecież. Kiedy zaczęli widzieć mnie nawet na zdjęciach i uwierzyli mi, poczułem się... Tak bardzo wyzwolony, i tak bardzo sobą. Nareszcie, jak światełko w tunelu, pojawiła się przede mną wizja uczestniczenia w gejowskim flircie. I ja, ja który zazdrościłem tym pedałkom, stałem się jednym z nich. To niewyobrażalne. Uniosłem się ponad ziemią, wzleciałem niemal do nieba. Przy ziemi trzyma mnie jeszcze tylko złośliwy głosik "pamiętaj, że minie minimum rok, zanim będziesz mógł spotkać się z nimi twarzą w twarz". Ale kiedy to się stanie... Będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
 I to nie jest tak, że mnie ciągnie do zdrady, flirtu, jakiejś chwilowej zabawy. Ciągnie mnie do tego, by być gejem, stuprocentowym sobą, chłopakiem z chłopakiem. Dlatego zacząłem czuć rozgoryczenie tym, że moja partnerka jest partnerką, że wykonuje makijaże, zawija nogami jak kobieta i ma często babskie zachowania. Z jednej strony chcę być wierny jej, bo takim jestem typem człowieka, z drugiej pamiętam, co mi zrobiła i nie potrafię już się jej tak naiwnie oddać sercem, a z trzeciej (tak, tu zastosuję trzy strony) jak mówiłem, potrzebuję żyć w zgodzie ze swoją orientacją. Nie mam pojęcia, co robić, czuję, jakby przy ziemi trzymał mnie łańcuch. Kocham moją dziewczynę, ale ze świadomością, że ma skłonności do zdrad i nie kocha mnie tak jak ja jej, oraz potrzebuję prawdziwie chłopięcego związku. Duszę się leżąc w wodzie, z ustami tuż przy powierzchni, a jednak nie mogę zaczerpnąć powietrza, jestem o te kilka centymetrów za nisko. Czy zmieniłaby coś jej płeć? Być może, ale wciąż pozostaje jej paskudny charakter, którego nie zniósłbym nawet u faceta. Wiem też, że mało jest osób wiernych, które nigdy nie pokusiłyby się na flirt. To też mnie dołuje, zabiera nadzieję, że ktoś byłby dla mnie lepszy.
 Od tych kłótni, które pojawiły się po zamieszkaniu razem w mieście, nasza bliskość zaczęła się wykruszać, aż zniknęła, staliśmy się jak starzy dziadkowie, którzy tylko porozmawiają ze sobą, obejrzą odcinek serialu i pójdą spać. Przestała mi dawać oparcie, mam wrażenie, że zepchnęła tą odpowiedzialność na mnie. Muszę tulić do klaty i obejmować ramieniem mimo, że sam tego potrzebuję. Dlatego nie odnajduję się właśnie w związku z dziewczyną, bo nie potrafię wziąć za nią odpowiedzialności, bronić jej ani dawać psychicznego wparcia. Sam tego potrzebuję. Mam pasywny charakter i czuję się nieszczęśliwy, grając nie swoją rolę. A ona stała się również pasywna i uległa, bez cienia jej dawnej siły i mroku, którymi akcentowała ostatnie słowo w kłótni. To mnie męczy.

Chciałbym móc żyć w zgodzie ze sobą, żyć spełniony i szczęśliwy jako gej, z gejem, wtulony, otoczony opieką, troską. Być sobą, bez kłótni, bez zazdrości, nieufności, zdrad... Żeby wszytko było tak, jak powinno w związku być. Romantyzm, spontaniczność. Czekam, czy może kiedyś się coś zmieni. Póki co nadzieją jest dla mnie tylko walka o swoją płeć, że może to coś poprawi, bo póki co nawet poznając fajne osoby, mam ochotę schować się pod kocem i stamtąd ich obserwować.

17 września - testy potwierdzające transseksualizm u psycholog
28 września - wizyta u seksuologa po skierowanie na badania krwi i poziomu testosteronu w organiźmie