czwartek, 22 września 2016

06. Strach przed wątpliwościami.

 
Strach przed byciem zbyt uniwersalnym
Strach przed byciem zbyt mało chłopięcym
Strach przed byciem określonym jako dziewczyna
Strach przed wyśmianiem
Strach przed zlekceważeniem
Strach przed wątpliwościami
Strach przed byciem sobą

 Demony bywają spostrzegane jako kobiety lub jako mężczyźni. Wszystko zależy od kultury. Mówi się, że anioły są bytami tak doskonałymi, że nie posiadają biologicznej płci. Kwestionuje się nawet płeć Jezusa i samego Boga, podając, że tylko mężczyźni jako dowódcy mogli być dawniej odebrani jako wzór do podążania, i że pewne aspekty mogły zostać ukryte. 
 Byt doskonały. Dla jednych to kobieta o filigranowej budowie, długich włosach, smukła, wątła, kobieca. Dla innych mężczyzna o ciele idealnie proporcjonalnym, silny niczym Michał lub o delikatnie chłopięcej budowie, wręcz nierozpoznawalny, z długimi złotymi loczkami i łagodnym uśmiechem na twarzy. Ale zejdźmy na ziemię. 
 Nie chciałoby mi się tracić czasu na opisywanie ziemskich ideałów. Jakie są obecnie kanony piękna - każdy wie. A mój problem polega na tym, że się w te kanony nie wpisuję. Ludziom na określenie mnie ciśnie się na usta tylko jedno słowo: pedał. Pedał, bo niewpisany w standardy. Pedał, bo odróżniający się. Pedał, bo chce być mężczyzną, ale nie chce być przesadnie męski. Zwyrol i transwestyta, bo nie potrafi być "normalnie dziewczyną".
 Lubię filmy animowane i fantasy. Cenię je za to odbiegnięcie od naszej kultury - strojem, zachowaniem, muzyką, językiem, architekturą, poglądami. Czuję się niechciany przez mój świat, w którym żyję, dlatego zamykam się w sobie i odgradzam od niego. Dostaję ataku histerii, kiedy muszę przeżyć 35 minut tramwajem do pracy bez słuchawek, słyszeć te durne rozmowy dziewczyn albo bać się >prawdziwych męskich mężczyzn<. Pojebany konserwatywny świat, w którym wszystko co nowe wzbudza niezdrową ciekawość i kontrowersję, w którym panuje pozorny porządek, który od setek lat zmienił się tylko ustanowieniem zbioru punkcików, według których nie można zabijać nikogo na ulicy, ale czujesz, że wiele z tych ludzi z chęcią zabija Cię w myślach. Dlaczego? Możesz im podpaść czymkolwiek, co >inne<. Czasami nie chce mi się żyć, czasami myślę, że moja walka nie ma sensu, że wszystko jest martwym punktem, że znajdzie się jeszcze tyle krytyki, tyle pytań "dlaczego nie możesz zostać dziewczyną" a ja nie będę potrafił na nie odpowiedzieć. Ostatnio miałem pomagać mamie, a rozpłakałem się, wiecie. Jak dziecko. Usiadłem i płakałem, że ja sobie chyba nie dam rady. 
 Dlaczego tak dużo czasu mi zajęło określenie się? Dlaczego teraz, a nie w wieku 13, 14 lat? Skąd, po co te wszystkie etapy? Bo jestem inny. To bardzo ogólnikowe, ale trafne i mocne słowo: inny. Słyszałem to w liceum, kiedy wychowawca wlepił we mnie oczy, a później powiedział do całej klasy "Ona jest po prostu INNA. Ma swój świat". Mam swój świat - w którym nie ma miejsca na rzeczywistość. Z którego nie chciałbym się wybudzać... Podobno z pewnych rzeczy się wyrasta. Podobno niektóre rzeczy są przeznaczone tylko dla dziewczyn. Słyszałem już wiele kłamstw.

Wychyliłem się za burtę, by podziwiać głębię morza. Zobaczyłem straszne rzeczy, więc schowałem się do swojej kajuty i żałowałem, że z niej wyszedłem. Co mnie pokusiło, żeby patrzeć w tę głębię?

 

poniedziałek, 19 września 2016

05. Nie potrafię już być starym sobą.

"Podobno na biegunie północnym są małe diamenty, które porywa wiatr. Kiedy słońce przez nie świeci, mienią się wszystkimi kolorami... A jeśli spróbujesz je chwycić w dłonie...
znikają...'"

 Myślałem od jakiegoś czasu nad tym, by zrobić jeszcze ostatni raz próbę stania się na jeden wieczór dziewczyną. Plan był taki, że miałem wyglądać tak, jak w trakcie chodzenia przeze mnie do publicznego liceum. Nie pamiętałem za bardzo jak dokładnie się malowałem czy czesałem, ale jak mówi pewne przysłowie mistrzów kanji: "ręka pamięta". Po 3 latach codziennego malowania się w jeden, rutynowy sposób, moja ręka pamiętała, jak trzymać liner i jak jednym pociągnięciem (no, może dwoma) zrobić idealną kreskę kończącą się zadziornym pogrubieniem, a'la cat eye. Miałem trochę większy problem z brwiami, bo tu co tydzień zmieniałem kształt, zależenie od tego, co mi się akurat uwidziało. Wpiąłem też swoje 60-cm treski (nie mam pojęcia jak one się utrzymały na moich centymetrowych włoskach, ale gratulacje dla twórców za obmyślenie spinek z silikonowym paskiem). Stanąłem przed lustrem. I chuj, i widzę chłopaka. Chłopaka-transwestytę (nie, nie pomyliłem pojęć, dokładnie o te mi chodzi). Musiałem pomrugać, postać chwilę dłużej, żeby wyłapać coś damskiego w tej twarzy, ale za chuja nie zobaczyłem w niej starego siebie. Czy to kwestia wieku i zmiany twarzy, odzwyczajenia się, psychiki, a może niedokładności w makijażu - nie wiem. Przede mną stała piękna dziewczyna, prawie kobieta, z czarnymi włosami do tyłka, szczupła, o sukowatym spojrzeniu. Podobało mi się całkiem patrzenie na nią, ale nie ośmieliłem się spojrzeć w dół na >swoje< ciało. Po prostu nie mogłem. Wpatrzyłem się w nią tylko, a kiedy mi się znudziło, znów założyłem bandaże, zmyłem to gówno z ryja, nałożyłem koszulkę i poszedłem dalej grać. I to by było na tyle z mojego back time.
 Nie rozumiem wiele rzeczy, nie rozumiem na przykład, jak kiedyś mogłem być dziewczyną i chociażby kupić te cholerne dopinki za 400 zł które założyłem nie więcej jak 10 razy, głównie do pracy. Nie rozumiem też, czy mam skłonności do bycia transwestytą, czy to normalna reakcja chłopaka, że podobała mi się loszka przede mną. W końcu nie widziałem w niej siebie, nie czułem się nią. Kiedy opowiedziałem to przy kolacji Klaudii, powiedziała, że to chyba normalne, bo jako dziewczyna jestem "bardzo ładny". Mruknąłem, że nie będę więcej dziewczyną - że to był ostatni raz, jak się pomalowałem. Nie chcę już tego.
 Wiele rzeczy pozostaje dla mnie niewyjaśnionych, a jednocześnie prostych do odpowiedzi.

5 października - 4/5 wizyta u psycholog

środa, 14 września 2016

04. Pragnienie życia w zgodzie ze swoją orientacją.

"Larwa to znak przeobrażeń. Dlatego gdy tylko pojawi się w Twoim śnie, możesz nastawić się na wielkie zmiany w swoim życiu."
"Sen ten oznacza, że mimo iż nie widzisz na razie szans na szczęście, powinieneś cierpliwie znieść wszystko, co przynosi Ci los, gdyż na pewno kiedyś je osiągniesz."

  Dziś będzie mniej miło i spokojnie, a bardziej smutno i emocjonalnie. To dlatego, że po kilku dniach planowania tego wpisu, wreszcie mogę wylać swój żal. Mnóstwo niewypowiedzianych słów. Mnóstwo tłumionego krzyku, ukrywania się za delikatnym uśmiechem i milczeniem. Więc co jest, do cholery, nie tak?
 Zaczęło się od rozczarowania. Znajdujesz miłość swojego życia, masz nadzieję, że teraz wszystko będzie w porządku. Wszystko się układa, ona wprowadza się do Ciebie, zapisuje do Twojej szkoły. Odległość 620 km przestaje istnieć, masz ją przy sobie. Wydaje się taka krucha i delikatna, chcesz się nią opiekować, przedstawiasz swojej rodzinie i znajomym. Otaczasz ją ramieniem, ofiarujesz w miarę spokojny dom, bo nie mogłeś znieść, że ona miała tak ciężko. Wydaje się...
 Mijają miesiące. Odcinasz się od znajomych, bo czujesz się zobowiązany opiekować nią, poświęcać cały swój czas, by ta drobna istota nie czuła się obco w nowym mieście. Ona jest wpatrzona w Ciebie jak w obrazek, nic bez Twojej zgody nie zrobi, o wszystko pyta, prosi, stara się o Ciebie. Wie, że jesteś jedyną tu bliską jej osobą. Matka co prawda ostrzega Cię, że coś jest nie tak, że dostosowujesz się do niej za mocno, że przestałeś się uczyć, bo rozmawiasz z nią całymi dniami, bo skoro ona nie ma siły, to Ty nie możesz sięgnąć za książkę, bo się obrazi, że umiesz więcej zamiast spędzić z nią trochę czasu. Tak się zaczęło, od książek, jej dyktowanie. Twoja krucha i delikatna dziewczyna zaczyna czuć się coraz pewniej w nowym miejscu, wyczuwa, że masz dobre serce, uczy się, jak Cię przekonywać, poznaje Twoje słabe punkty. Ubiera koronę na głowę, stojąc na Twoich barkach. Za Twoim pośrednictwem może już wszystko. Ale Ty jesteś przecież zakochany.
 Kochasz ją tak mocno, że olewasz naukę, bo spędzasz z nią cały swój czas. Później olewasz lekcje, bo nic nie umiesz. Wreszcie grozi Ci niezdanie, a Ty poddajesz się i uciekasz z nią do dużego miasta. Podejmujesz pracę i szkołę jednocześnie, spędzasz tam całe dnie, wracasz nocą. Ona nie pracuje długo, zwalnia się po dwóch miesiącach, licząc, że znajdzie coś lepszego (nie znalazła). I któregoś dnia odkrywasz, że kiedy jesteś w pracy, ona utrzymuje kontakty z innymi osobami. Zaczyna się dziwnie zachowywać, chować przed Tobą telefon, blokować go hasłem... Kiedy przychodzi do kłótni, wyrzuca Ci, że całe dnie nie ma Cię w domu. Chce Ci się ryczeć z wściekłości i zmęczenia. A to dopiero początek.
 Coraz bardziej pojebane kłótnie, coraz więcej psychozy w nich. Pamiętasz swoje kłótnie z matką, więc chcesz tej psychozy uniknąć. Z każdą kolejną kłótnią wyciszasz się, obojętniejesz. Już nie krzyczysz kiedy zauważasz, że flirtuje na telefonie. Już nie boisz się, kiedy przykłada Ci nóż do twarzy. Przestajesz się tłumaczyć, zaczynasz rzucać krótkim kłamstwem na odczepne, dla świętego spokoju. "Z kim rozmawiasz?" - "Z nikim".  Mama daje Ci sygnały, że coś jest nie tak, że kiedy wychodzisz do pracy, ona cały czas z kimś pisze. Wiesz o tym dobrze. Znów i znów przyłapujesz ją na otwartych okienkach, śmiać Ci się chce, kiedy widzisz jej spłoszony wzrok... Śmiać i wyć z wściekłości.
 Któregoś dnia, kiedy ona jest tydzień u rodziców, wpadasz na durny i mądry plan, żeby sprawdzić swoją przyszłą małżonkę (tak, za rok mieliśmy brać ślub i wspólny kredyt na mieszkanie). W końcu nie miałeś żadnych ostrych dowodów na zdradę, ze wszystkiego jakoś się tłumaczyła, nie mogłeś nic jej zarzucić. Zakładasz nowe konto na facebooku, wstawiasz na profilowe jakiegoś przystojnego gościa z Ukrainy czy Rosji, cholera już wie, i piszesz do niej. Nie jest najgłupsza, więc bada teren, pyta Cię, czy założyłeś nowe konto, bo ją ktoś zaprosił. Udajesz zazdrosnego i mówisz, że to nie Ty. Pytasz bezsensownie, kim jest ta osoba - wszystko dla pozorów. Kiedy poczuła, że może działać, odpisała gościowi, który nie istnieje. Mnie już dla niej nie było, przestałem istnieć. Unikała rozmów ze mną, kłamała spytana o niego, że nie wie, kim jest, że popisała tylko chwilę - w rzeczywistości pisała z nim kilka dni i nocy, łatwo dała się namówić na cyberek. Jak dzwoniłeś i pytałeś co robi, mówiła, że ogląda serial z mamą, a naprawdę nie chciała z Tobą rozmawiać, bo pisała właśnie z nim. Była nieobecna, niechętna, rozkojarzona. W końcu pieprznęła opisem o tym, jak robiłaby gościowi loda. Sięgasz po wódkę, bo na trzeźwo nie da rady prowadzić tej rozmowy. Kilka głębszych łyków, i dowiadujesz się przy okazji, że była z Tobą, bo ktoś się nią musi zajmować, utrzymywać, nigdy Cię nie kochała i w ogóle jesteś przeciętny. Ślini się do gościa, którego Ty udajesz, gotowa jest się z nim spotkać, umawiacie się. I znikasz nagle, bo już nie dajesz rady ciągnąć tych rozmów, tak to cholernie boli, że dziewczyna, z którą byłeś dwa i pół roku... Ah, szkoda gadać. Od tej pory wycofałem się i odciąłem emocjonalnie od niej. Choćbym zastał ją w łóżku z kimś innym, już nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. Zerwała ze mną jeszcze przed przyjazdem, na chacie, bez zbędnego pierdolenia się. Kiedy przyjechała, leżałem na łóżku i sączyłem Lubelską. Na pytanie, "co tam u mnie", odpowiedziałem, żeby się nie spieszyła z rozpakowywaniem, bo ten chłopak raczej nie przyjdzie. Strach w jej oczach, drżące "ph wiedziałam że to ty" będę pamiętać pewnie do końca życia. Generalnie, od tamtych zdarzeń, czy raczej tej ostatniej kropli w czarze goryczy, stałem się absolutnie wycofany społecznie, nieufny, i pewny, że nikt nie jest godny zaufania i poświęcenia mu czasu.
 Pewnie każdy mądry i rozsądny człowiek powiedziałby w tym momencie "hm, mam nadzieję, że z nią skończyłeś". Nie skończyłem. Po kilku dniach unikania się i jej przekonywania, że "dobrze wiedziała, że to ja", że "sama się bawiła" (w co nikt by nie uwierzył), dla świętego spokoju pozwoliłem, żebyśmy do siebie wrócili. Nieswojo jest przebywać cały czas z byłą w jednym pokoju, prościej jest ustąpić i wrócić do starego życia, w którym i tak już nie ma miejsca na związek. Związek bez związkowego zachowania. Za jakiś czas znowu poczuła się i pewnie i odpuściła, czyli wszystko po staremu.
 Mogłem mieszkać sam, ale ona nie ma zamiaru się wyprowadzać, a ma do tego mieszkania takie samo prawo, bo tak sporządzona jest umowa. Tutaj nikt nie potrafi mi nic doradzić, i ja sam czekam na jakieś rozwiązanie tej sprawy, zastanawiam się codziennie, co tu zrobić. Mam do wyboru wyprowadzić się do Warszawy i być razem, tylko po to, by obojgu było wygodniej finansowo, albo zostać we Wrocławiu z mamą i podjąć szkołę fryzjerską tutaj (też nie są gorsze).

 W tym momencie zastanawiam się, czy nie usunąć tych przykrych wspomnień i nie zacząć od nowa od pisania tego, o czym naprawdę miałem, ale wydaje mi się, że ta historia jest dość niezbędna, żeby zrozumieć dalszą część mojego wpisu.

 Chodzi o to, że oddaliliśmy się od siebie, ale ja nie przestałem chodzić do psychologa i walczyć o naprawienie mojej płci. Nie straciłem nadziei na to ani motywacji, wręcz zmotywowałem się jeszcze bardziej do pracy, bo chciałem pokazać jej, że ja będę najlepszym chłopakiem, jakiego dane jej było poznać. Teraz oczywiście mi już na tym nie zależy... Emocje opadły. Czując się wolniejszy, zacząłem sam pisać z różnymi chłopakami. Najpierw przedstawiałem sprawę jasno, że jestem transem, ale teraz, kiedy jestem już w trakcie kończenia diagnoz (najpóźniej do połowy października będę mieć to za sobą i zacznę leczenie), przestałem. Bo przecież nie jestem transem na stałe, jestem chłopakiem, więc dlaczego mam się czuć winny i spowiadać każdej nowo poznanej osobie? Nie oszukuję przecież. Kiedy zaczęli widzieć mnie nawet na zdjęciach i uwierzyli mi, poczułem się... Tak bardzo wyzwolony, i tak bardzo sobą. Nareszcie, jak światełko w tunelu, pojawiła się przede mną wizja uczestniczenia w gejowskim flircie. I ja, ja który zazdrościłem tym pedałkom, stałem się jednym z nich. To niewyobrażalne. Uniosłem się ponad ziemią, wzleciałem niemal do nieba. Przy ziemi trzyma mnie jeszcze tylko złośliwy głosik "pamiętaj, że minie minimum rok, zanim będziesz mógł spotkać się z nimi twarzą w twarz". Ale kiedy to się stanie... Będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
 I to nie jest tak, że mnie ciągnie do zdrady, flirtu, jakiejś chwilowej zabawy. Ciągnie mnie do tego, by być gejem, stuprocentowym sobą, chłopakiem z chłopakiem. Dlatego zacząłem czuć rozgoryczenie tym, że moja partnerka jest partnerką, że wykonuje makijaże, zawija nogami jak kobieta i ma często babskie zachowania. Z jednej strony chcę być wierny jej, bo takim jestem typem człowieka, z drugiej pamiętam, co mi zrobiła i nie potrafię już się jej tak naiwnie oddać sercem, a z trzeciej (tak, tu zastosuję trzy strony) jak mówiłem, potrzebuję żyć w zgodzie ze swoją orientacją. Nie mam pojęcia, co robić, czuję, jakby przy ziemi trzymał mnie łańcuch. Kocham moją dziewczynę, ale ze świadomością, że ma skłonności do zdrad i nie kocha mnie tak jak ja jej, oraz potrzebuję prawdziwie chłopięcego związku. Duszę się leżąc w wodzie, z ustami tuż przy powierzchni, a jednak nie mogę zaczerpnąć powietrza, jestem o te kilka centymetrów za nisko. Czy zmieniłaby coś jej płeć? Być może, ale wciąż pozostaje jej paskudny charakter, którego nie zniósłbym nawet u faceta. Wiem też, że mało jest osób wiernych, które nigdy nie pokusiłyby się na flirt. To też mnie dołuje, zabiera nadzieję, że ktoś byłby dla mnie lepszy.
 Od tych kłótni, które pojawiły się po zamieszkaniu razem w mieście, nasza bliskość zaczęła się wykruszać, aż zniknęła, staliśmy się jak starzy dziadkowie, którzy tylko porozmawiają ze sobą, obejrzą odcinek serialu i pójdą spać. Przestała mi dawać oparcie, mam wrażenie, że zepchnęła tą odpowiedzialność na mnie. Muszę tulić do klaty i obejmować ramieniem mimo, że sam tego potrzebuję. Dlatego nie odnajduję się właśnie w związku z dziewczyną, bo nie potrafię wziąć za nią odpowiedzialności, bronić jej ani dawać psychicznego wparcia. Sam tego potrzebuję. Mam pasywny charakter i czuję się nieszczęśliwy, grając nie swoją rolę. A ona stała się również pasywna i uległa, bez cienia jej dawnej siły i mroku, którymi akcentowała ostatnie słowo w kłótni. To mnie męczy.

Chciałbym móc żyć w zgodzie ze sobą, żyć spełniony i szczęśliwy jako gej, z gejem, wtulony, otoczony opieką, troską. Być sobą, bez kłótni, bez zazdrości, nieufności, zdrad... Żeby wszytko było tak, jak powinno w związku być. Romantyzm, spontaniczność. Czekam, czy może kiedyś się coś zmieni. Póki co nadzieją jest dla mnie tylko walka o swoją płeć, że może to coś poprawi, bo póki co nawet poznając fajne osoby, mam ochotę schować się pod kocem i stamtąd ich obserwować.

17 września - testy potwierdzające transseksualizm u psycholog
28 września - wizyta u seksuologa po skierowanie na badania krwi i poziomu testosteronu w organiźmie

piątek, 2 września 2016

03. The day I realized I'm a boy.

 Wbrew powszechnie przyjętemu mitowi, nie znam nikogo (ani sam jedną z takich osób nie jestem), kto od dziecka wiedziałby, jakiej jest płci. Powodem tego jest fakt, że dzieci nie wiedzą, co mają w spodniach. Nie odczuwają popędu ani nie utożsamiają się z żadną z płci, dlatego chłopcy mogą bawić się razem z dziewczynami w dom, szkołę, doktora, a zabawki - nie oszukujmy się - dobierają im rodzice. I ja sam byłem bardzo uniwersalny, bawiłem się z kolegami lalkami, a później jeździłem z nimi rowerami po lasach i uciekaliśmy przed dzikami, wróżyliśmy sobie "jaki będzie Twój wymarzony chłopak", a potem skakaliśmy przez płoty żeby kraść gruszki. Zarówno ja, jak i moi koledzy, jak widać, nie czuliśmy różnicy płci. Zaczęliśmy po skończeniu 2-3 klasy podstawówki. I nagle w klasie zrobiły się dwa obozy - dziewczyn i chłopaków. Obozy te były coraz mocniej widoczne im starsi się robiliśmy. Po pójściu do gimnazjum spanie razem już nie było ok, nic nie było ok, nawet z dziewczynami, bo już wtedy zacząłem być posądzany o lesbijskie zapędy, a plotka się niosła, i w ten sposób nieświadomy niczego wracałem na drugi dzień do szkoły by dowiedzieć się od paru życzliwych osób, że przystawiałem się do bogu ducha winnej ofiary, którą była moja przecież przyjaciółka. Z tych i wielu innych przyczyn przestałem ufać ludziom, a "przyjaciółkom" zwierzać się z tego, że czuję, że coś jest we mnie innego. Pamiętam, że jak miałem mniej więcej 13 lat, w naszej klasie był nawet pewnego rodzaju "klub biseksualistów", do którego i ja należałem, i z naszej czwórki do tej pory wyłamała się tylko jedna osoba (była to dziewczyna, która, czego jestem pewien w duchu i mam na to pewne nudne argumenty, chciała po prostu przypodobać się naszemu koledze). A więc ci, którzy poczuli się inni, zauważyli to u siebie dość szybko, ale nie na tyle szybko, by być jeszcze dzieckiem! Przez lata przewijało się przez moje palce wiele znajomości z innymi "biseksualistami", "homoseksualistami", ale nikt z osób, które poczuły to po czasie, nie był tak szczery z tym, jak nasz właśnie mały klub. Nie miał wtedy na nas wpływ internet ani moda, nie byliśmy też ze sobą związani przyjaźnią, było to raczej tylko miłe przekonanie, że nie jest się z tym samym.
  Lata mijały, próbowałem być wszystkim. Na poważnie podjąłem się bycia chłopakiem w wieku 15 lat, ale o tym, dlaczego przerwałem i jak to wyglądało, opowiem może innym razem. Chciałbym w tym wpisie skupić się na dniu, w którym absolutnie stuprocentowo poczułem, że jestem sobą. Dzień ten nastał po uwolnieniu się od szkoły, małego miasta z którego pochodzę oraz opinii rodziny: "a co powie babcia jak zobaczy, że ściąłem włosy, a co powie dziadek". Zacząłem wtedy mocniej skupiać się na sobie, i gdyby przedstawić to za pomocą wykresu, to mój wiek lat piętnastu byłby wysokim skokiem o 15 kresek w górę, później uśpionym stanem 2-3 kreseczek i wreszcie, z wiatrem wolności we włosach, nastał skok o 50 kresek, później więcej i więcej, a teraz jestem już chyba na etapie "rysujemy nowy wykres, tym razem postępów, bo świadomość została osiągnięta". Zaczęło się śmiesznie i przypadkowo, jak poprzednim razem, bo chciałem zrobić mojemu chłopakowi niespodziankę (na szczęście jest takim samym trudnym przypadkiem jak ja, ale kocha mnie na tyle, by akceptować siebie i mnie). Zdjąłem swoją spódniczkę, odpiąłem treski i założyłem swoje ciuszki, trochę wręcz za małe, męskie, które leżały w szafie od tamtego czasu nie noszone już przeze mnie. I coś się we mnie zmieniło. To było jak głośne klaśnięcie w ręce nad uchem przysypiającej osoby. Później zdecydowałem się wyjść tak na miasto. I od tamtego dnia, stopniowo, powoli, szukając w tym szaleństwie również swojego stylu, stawałem się coraz bardziej szczęśliwy. Oczywiście, nie wiedziałem, co się dzieje. Zajęło mi dość sporo czasu rozmyślanie nad sobą. Założyłem tumblra (link z boku), gdzie zacząłem gromadzić piękne rzeczy, które mi się podobają. I tak po nitce do kłębka, i odkryłem siebie. A kłębek ten okazał się multum ukrytej pewności siebie, szczęścia, radości z siebie, z życia, i wyzwolenia seksualnego. Nagle moja niechęć do soft porno, damskiego działu, damskich zachowań, ich towarzystwa, ich zainteresowań... Wszystko stało się takie jasne i oczywiste. Takie proste i takie ukryte jednocześnie, schowane tak, że sam nie wiem, jak udało się temu wyjść na światło dzienne. Zacząłem płakać ze szczęścia coraz częściej, im większe zmiany wnosiłem w swoje życie i siebie. Miewałem i miewam strach w sobie, niepewność czy wszystko robię ok, ale wsłuchuję się wtedy w swoje emocje, w to, co mówi mi serce, czy na widok czegoś pięknego ściska mnie w sercu czy w brzuchu (serce to ja, a brzuch i niższe rejony to pożądanie), czy czuję radość wypełniającą mi głowę, czy mimowolnie wykrzywiam usta. Wsłuchanie się w siebie pozwoliło mi odkryć tyle prawdy o sobie, że tylko sobie tak myśląc i myśląc w kółko (albo i spychając w ogóle ten temat na bok, bo "operacje są drogie i miejmy nadzieję, że mnie to nie dotyczy") nie doszedłbym do tej ukrytej we mnie osoby. A jednak ona istniała. Pokazywała się co jakiś czas mocniej, a najczęściej po cichutku, ale była tym brakującym puzzlem układanki. Tym, co naprawiało niepasujący element.
 Jeśli mam smażyć się w piekle za tatuowanie się, zmianę płci - czytaj: poprawianie "doskonałej natury", biorę to na klatę. Bo życie w takim więzieniu, jakim jest złe ciało i przypasowane mu złe role, problemy z którymi ja - chłopak - sobie nie radzę, jest JUŻ piekłem. Przeżyłem dopiero świadomie z tym ciałem jakieś 5 lat, i nie wyobrażam sobie żyć tak do końca. To tyle w tym temacie. Dziękuję za uwagę.

 O swoim pierwszym poważnym odkrywaniu siebie napiszę, jak mówiłem, innym razem.