poniedziałek, 29 sierpnia 2016

01. Are you a boy, or a girl.

  Zbierałem się do tego, żeby pisać od nowa. Zaczynałem i usuwałem. Przechowywałem notatki w wersjach roboczych i usuwałem, zanim zdążyłem je opublikować. Pisałem i wstydziłem się tego, CO pisałem. Wszystko się szybko zmieniało, a "wczorajsze" informacje następnego dnia były już nieaktualne. Raz byłem pewien tego co piszę i pisałem składnie, drugi raz traciłem wątek i nie potrafiłem nic z siebie wydusić, konkretnie opowiedzieć, tylko przelewałem emocje i rzucałem na ekran luźne, niepowiązane słowa. Z jednej strony myślałem o tych osobach, które mnie czytały i chciałem dla nich pisać, z drugiej czułem, że one czytały kogo innego i zawiodę ich nowym sobą. A nowy byłem codziennie od nowa. Coś się działo, coś się zmieniało, później nie działo się nic. Wpierw było do pisania za dużo, później za mało. Wiem, pierdolę trzy po trzy - czy jakoś tak się to mówi (nigdy nie uczyłem się dobrze tych polskich przysłów, bo są według mnie w chuj wieśniackie). Dość o mojej całej nieudolności pisania.

 Wróciłem, by dalej kontemplować nad sobą w ciszy i spokoju, przed białym ekranem, mając za powierników serca jedynie czarne litery. Wróciłem, żeby zastanawiać się, bać, płakać i przeklinać, nienawidzić, kochać i tęsknić. By jednego dnia być pewnym swoich decyzji, i ze słowami przekonania "klamka zapadła" w głowie, szarpać lekarza za rękaw, biegać po mieście i z dumą być kim naprawdę jestem, obwieszczać wszystkim znajomym, że mają mi mówić Oskar, i że absolutnie, absolutnie, nie będę akceptował końcówki "aś"; a drugiego płakać z niepewności, wcierać jedwab w długie treski, oglądać zdjęcia i płakać, że chyba coś straciłem, zatrzymywać się przy stoiskach i oglądać kokardkowe spinki do włosów z cyrkoniami, macać różową koronkę spódniczki upchniętej do kartonu, i myśleć, czy ja ze swojego bycia dziewczyną nie zrobiłem czegoś na kształt byłej ukochanej dziewczyny, do której chętnie być co prawda wrócił, ale wiesz, że tak nie można, no i nie do końca Ci to pasuje, jaką osobą ona była.

  Tak również jednego dnia potrzebuję być absolutnie rozpoznawany na ulicy, w sklepie i w tramwaju tylko i wyłącznie jako chłopak, a drugiego marzę o długich różowych włosach i różu, i koronce, i pluszowych tygryskach. Mimo to, gdzieś pomiędzy tym szaleństwem, jest poczucie, że moje ciało nie chce być odkryte jako dziewczyny. Że nie chcę tego biustu, tych ud, a jednocześnie nie chcę ociekać testosteronem, przypominać zbitej kulki złożonej z samych mięśni, mieć brzydkich dużych stóp i owłosionych paluchów. Myślę o sobie jako o postaci z anime, bądź elfie z żywo zielonego lasu pełnego pięknych stworzeń, która nie ma narzuconych standardów, która ma męski głos, męskie smukłe, szczupłe ciało, a przy tym dowolność ubioru - i to mi odpowiada, napawa entuzjazmem, radością, że oto odkryłem siebie. Problem w tym, że nie żyję w anime, ani w opowieściach fantasy. Rzeczywistość to tramwaje, praca, szkoła, Grażyny na moim osiedlu i jednakowość 90% ludzi, oraz wpatrywanie się we mnie połowy tych właśnie 90%.

 To bez sensu, ale tak jest. Żałuję, że nie mogę żyć w jakimś zapomnianym, nietkniętym ludzką ręką lesie, że nie mogę być szczęśliwy taki, jaki jestem, bez podlegania kulturze, jaka się ogólnie przyjmuje. Bez tego systemu. Bez tych spojrzeń i opinii. Być sobą, leżeć na najniższej gałęzi wierzby, jedną nogę zanurzyć w czystej rzece przepływającej leniwie pode mną, drugą oprzeć o pień porośnięty młodym bluszczem. Obserwować z tej perspektywy ptaki i motyle, mrużyć oczy od słońca przebijającego przez gałęzie, które co chwila zasłania się chmurką i na powrót pokazuje, jakby zbyt nieśmiałe, by wyjść całkiem. Odgarnąć z czoła długie połyskujące, białe włosy, po czym znów oddać się przyglądaniu małym stworzonkom. Żyć z nimi w harmonii, tak jak one żyją ze mną - nie dyskryminują mnie, że jestem inny, nie omijają szerokim łukiem, kochają i tak samo chcą być kochane.

 Wiem, mam piękne, utopijne wizje. Często o tym rozmyślam, a przy tym często jest mi smutno, bo otwieram oczy i widzę miasto. Żadnej zieleni, żadnych lasów, łąk, do których byłem przywiązany, które kochałem, rzek, nad którymi przelewałem łzy, by zmieszały się, popłynęły z prądem - gdzie rzucałem patyczki, tym samym gubiąc problemy, pozwalając wodzie, by je uniosła, poniosła jak najdalej. A jednocześnie nie mogę tam wrócić, bo w małych miastach nienawidzą takich odmieńców. Tylko miasto pozwala mi na pewną anonimowość, na lekceważące machnięcie ręką zamiast opluwania. Mimo to marzę, by kiedyś, kiedy zarobię dość pieniędzy, wyprowadzić się na wieś, tam gdzie nie ma prawie nikogo, zamieszkać w małym nowym domku, pachnącym remontem, gdzie zapach nowości i przytulnego, własnego gospodarstwa, będzie mieszał się z zapachem łąk za oknem. Gdzie kiedy usiądę w kuchni, za oknem nie zobaczę szarego muru, tylko lasy i jezioro w oddali, z błyszczącą taflą, ze śmiejącym się słońcem przeglądającym w tym wielkim lustrze.

 I tym chyba zakończę dzisiejszy wpis. Jutro mam drugą wizytę u psychologa. Muszę przekonać ją, że jestem pewien co robię. Żadnego wahania. Żadnej uniwersalności - bo w psychologicznych książkach nie ma miejsca na bycie sobą.