wtorek, 30 sierpnia 2016

02. Questions.

 Uznałem, że może być jakiś sens w tym, że spiszę uciążliwe pytania, które codziennie przelatują mi przez głowę i na które muszę sobie od nowa i od nowa odpowiadać, albo udawać, że ich nie słyszę. Odsuwanie ich jest męczące, myślenie od początku o logicznych argumentach jeszcze bardziej. Dlatego czas raz na zawsze spalić te pytania w mojej głowie, wrzucić tu, uporządkować niczym pilny uczeń notatką w zeszycie, i żyć dalej w spokoju ducha.

1. Co jeśli kiedyś znajdę swoje stare zdjęcia i zrobi mi się żal, że nie jestem już tą osobą? Co jeśli będę chciał, żeby to wróciło?

 Dziś już miałem taką sytuację, że znalazłem swoje stare zdjęcia. Zresztą nie raz mi się zdarzyła. I nie, nie jest mi żal, bo chociaż na zdjęciach byłem wypozowany i starałem się jakoś dobrze wyglądać, to rzeczywistość taka śliczna nie była. Nie potrafiłem nigdy dbać o włosy tak jak należy, niszczyłem je, farbowałem, rozjaśniałem, zasuszałem na siłę żeby były puszyste. Po co ten cały szajs? Bo chciałem być inny, koniecznie odróżniający się od reszty dziewczyn. Nie potrafiłem być normalny, jak wszyscy. Chciałem akcentować swoją odmienność. Często myślałem o tym, że nienawidzę tego, jak mocny makijaż muszę robić, że nie mogę mieć swoich brwi, bo są zbyt gęste, tylko muszę męczyć się z rysowaniem kreseczek, że moje włosy znowu są suche, duże i splątane, że czuję się maleńki w swoim ubrudzonym pastą t-shircie przy tych obciśniętych swoimi ubraniami laskach. Nie chciałem się odróżniać a jednocześnie chciałem i musiałem. Było mi z tym źle, a wyglądając normalnie - było mi jeszcze tragiczniej źle. Nie akceptowałem siebie i ukrywałem to, próbując być jakiegoś innego unikalnego stylu niż inne. I byłem w gruncie rzeczy smutny sam ze sobą. Dlatego teraz, kiedy oglądam te stare zdjęcia, uważam, że jest to ładna dziewczyna, ale na tych zdjęciach nie widać, ile godzin poświęcała na ten wygląd ani jak prawie każdego dnia miała ochotę piznąć te pędzle do makijażu w kąt i zostać w łóżku. Ani tego, że im bardziej się starała wpasować w swoją płeć, próbując różnych styli, tym gorzej się z tym czuła. Jakby wszyscy się patrzyli i krytykowali ją szeptem. Nie widać, że ta dziewczyna naciągała prawie całe życie koszulki na dupę, żeby nie było jej widać rosnących krągłości, że płakała kiedy raz ubrała coś damskiego, co mama pożyczyła, i wskakiwała po szkole z powrotem w t-shirt z Metallicą - tak, ten pobrudzony pastą do zębów, w dodatku z nitką wystającą z boku i popękanym już nadrukiem. Zasiadała przed laptopa, i pogrążona w swoim świecie, unikała wszelkich zdjęć ładnych osób. I płakała, bo coś było nie tak. Orientacja, styl? Nie wiedziała. Tak, tego na zdjęciach nie widać.
 Bycie chłopakiem nie oznacza, że będę diametralnie inny. Mogę, ale nie muszę być. Mogę być tak samo szczupły, mogę mieć długie włosy, a nawet nie porzucać pędzli. Rzecz w tym, że ubrania to jedna sprawa, a poczucie płci w głowie to jeszcze inna. Czy chcę mieć długie włosy jako laska, czy jako chłopak. Czy mam zamiar całe życie uciekać przed ludźmi i naciągać koszulki. Czy odpowiada mi taka rola w społeczeństwie, takie zadania i obowiązki, takie oczekiwania innych. Czy odpowiada mi wizja założenia rodziny, zajścia w ciążę, opieki nad dzieckiem, zajmowania domem. Czy może wolę być decydującym głosem, podejmować ważne decyzje, troszczyć się o rodzinę materialnie, bronić jej. A jeśli żadne z tych pytań by mi nie odpowiadało, czy nie wolę po prostu być uniwersalną wyzwoloną jednostką. Płci natomiast jestem pewien. Moje ciało nie może być uniwersalne (chociaż nie potępiam nikogo, kto przynależności nie czuje, nie piszę jednak o innych, tylko o sobie).
 Wiem jak się czuję w damskich ubraniach i nie sądzę, naprawdę, żeby to wróciło. Jedyne co mi wraca to chęć posiadania pięknych długich włosów, ale napewno nie kobiecego ciała, wiecznie ukrywanego, bo nienawidziłem i nienawidzę, kiedy ktoś patrzy na mnie w ten sposób. I jeśli będę chciał je mieć, to będę miał, i chuj. A jak mi się znudzą, to nie będę miał. Sądzę, że to bardziej spaczenie zawodowe, niż umysłowe na punkcie włosów, i że nie jest to nic złego, że lubię z nimi szaleć. Nienawidzę cichej rywalizacji między laskami, które próbują mnie obczajać, porównać się i nie rozumieją, że jestem z innej bajki. Że mogą mi najwyżej klęknąć przed rozporkiem, a nie podnosić brwi. Jak to powiedziałem mojej psycholog, kiedy wchodzę do sklepu, nie mogę totalnie nic na siebie znaleźć na damskim dziale. Brzydzi mnie to co jest teraz modne i "ładne". Za to z męskiego mogę ubrać praktycznie wszystko, nawet dresy. Kocham męski dział i męską modę, przysięgam. Zostawiam połowy wypłat w tych galeriach i wychodzę z bananem na ryju i pięcioma torbami. Nieważne czy coś jest na przecenie czy nie, jeśli jest tak piękne, że chce mi się płakać, to biorę. A najlepsze jest to, że oszczędzam sobie mierzenia, bo rozmiar t-shirtów jest głównie bez zmian. Takie zakupy to mogę lubić.

2. Czy sprawię tym przykrość rodzinie? Odsuną się ode mnie? Co jeśli w najgorszym przypadku stracę pomoc finansową od taty?

 Cóż, z rodziną mam i tak niewielki kontakt... Grunt, że moja mama to zaakceptowała. Reszta jest nadal na etapie godzenia się z tym, że "jestem lesbijką" (przynajmniej oni sobie tak to wytłumaczyli, a ja ich jeszcze od tego nie odwiodłem, coby nie robić jeszcze większej kontrowersji). W każdym razie radzę sobie tak jak żyję, czyli sam z Krystianem, już dobre pół roku i nie przymieram głodem, toteż nie przejmuję się aż tak, czy się odsuną, czy nie. Zależy mi jedynie na opinii taty, bo jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Jeśli stracę jego pomoc pewnie będzie mi ciężej, ale za dwa lata będę już mógł pracować w swoim zawodzie i tak czy siak miałem zamiar dłużej od niego pieniędzy nie brać. Co ma być to będzie, ale bardzo bym chciał, żeby mnie zaakceptował.

3. Czy jeśli żyłbym w innych czasach z inną modą, mógłbym być kobietą? Chciałbym nosić suknie?

 Myślałem nad tym długo. Ale moda nigdy nie była tak uniwersalna jak teraz. Wolałbym nosić szlacheckie ubrania jak Heathcliff z Wichrowych Wzgórz, dłuższe luźne włosy i siadać pod drzewem zadumany, układać wiersze jak ówcześni romantycy, bądź biorąc pod uwagę barok - niczym książę otulać się złotem i trenami, niż wywalać biust na wierzch jak kobiety przez większość epok. Naturalnie, mógłbym założyć suknię, tak jak teraz mógłbym założyć białe rurki z wysokim stanem, ale to nie znaczyłoby, że czułbym się z tym dobrze, czy przeżył swoje życie w pełni jego poprawnej długości. Być może nie czułbym problemu nosząc ją przez jeden dzień, ale z pewnością nie chciałbym jej nosić codziennie, szczególnie widząc przystojnych mężczyzn w czarnych obciśniętych, stylowych frakach. Ewentualnie zarzucę takim andro-gejo-tranwestytowym stwierdzeniem, że nosiłbym pod warunkiem posiadania pod spodem męskiego ciała. Wspominałem już, że ubiór to osobna sprawa od płci psychicznej. Wmuszanie we mnie "poprawnej" płci jest jak stopniowo wwiercająca się w plecy śrubka. Boli, chcesz ją wyciągnąć, wkurza Cię, że wszyscy ją widzą, ale nosisz na siłę, żeby sprawiać radość mamie.
 Jeśli teraz nienawidzę damskich rozmów, to szczerze, szczerze wątpię, że nawet w innej epoce, ale z tą samą płcią, nagle by mi odpowiadały. Nie wspomnę o wielu przywilejach mężczyzn, które posiadali. Wolałbym z ręką na sercu bieganie po łąkach z innymi chłopakami i łapanie ryb, niż siedzenie w pokoju przez większość życia z książką na kolanach, uważając, by nie zagnieść swojej sukni, ściśnięty niewygodnym gorsetem, nie mający pojęcia co mój mąż robi i z kim jest. Któż by nie wolał takich chłopięcych swobód? A może nie każdy... Cóż, zatem po prostu zostanę przy tym, że JA bym napewno wolał. Teraz kobiety urościły sobie więcej praw, ale wciąż ich pozycja mi nie odpowiada. Lubię przez swoje masochistyczne pobudki poczuć się czasami uwięziony, żeby ktoś mi czegoś zabronił, ale żyć tak na codzień? Cały czas? Nie mieć decydującego zdania, które mam teraz? Nie być głową rodziny, nie podejmować decyzji, przede wszystkim za siebie? W tym wcieleniu nie dałbym tak rady.

4. Czy jestem gotów w tym gorszym przypadku do zmiany pracy?

 Jestem, bo moja praca, chociaż większość czasu nic nie robię, to w tym czasie, w którym muszę obsługiwać klientki, jest wkurwiająca. Nienawidzę lakierów hybrydowych, rozróżniania kolorów, i nienawidzę pierdolenia o właściwościach kremów. Totalnie niemęskie i wkurwiające. Dlatego jak nie ta wyspa to inna, a jak nie inna, to szlag z tym, bo przecież za rok i tak wyprowadzka do Warszawy i zmiana pracy. Myślę, że szefostwo mnie lubi, więc ile sobie jeszcze popracuję to popracuję, "leków" od razu nie dostanę i zmiany też się od razu nie zaczną, więc może uda mi się pociągnąć to jakoś do wyprowadzki. Chociaż lekka, nie jest to moja praca marzeń. Nie mam zamiaru zarabiać wiecznie 1600 i bać się, czy mnie zaakceptują jako chłopaka, bo to taka damska profesja.


 Jeśli coś jeszcze mi się nawinie, edytuję i dodam. Ale myślę, że odpowiedziałem sobie już na wszystkie dręczące mnie pytania - po raz ostatni, konkretny i wyczerpujący.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

01. Are you a boy, or a girl.

  Zbierałem się do tego, żeby pisać od nowa. Zaczynałem i usuwałem. Przechowywałem notatki w wersjach roboczych i usuwałem, zanim zdążyłem je opublikować. Pisałem i wstydziłem się tego, CO pisałem. Wszystko się szybko zmieniało, a "wczorajsze" informacje następnego dnia były już nieaktualne. Raz byłem pewien tego co piszę i pisałem składnie, drugi raz traciłem wątek i nie potrafiłem nic z siebie wydusić, konkretnie opowiedzieć, tylko przelewałem emocje i rzucałem na ekran luźne, niepowiązane słowa. Z jednej strony myślałem o tych osobach, które mnie czytały i chciałem dla nich pisać, z drugiej czułem, że one czytały kogo innego i zawiodę ich nowym sobą. A nowy byłem codziennie od nowa. Coś się działo, coś się zmieniało, później nie działo się nic. Wpierw było do pisania za dużo, później za mało. Wiem, pierdolę trzy po trzy - czy jakoś tak się to mówi (nigdy nie uczyłem się dobrze tych polskich przysłów, bo są według mnie w chuj wieśniackie). Dość o mojej całej nieudolności pisania.

 Wróciłem, by dalej kontemplować nad sobą w ciszy i spokoju, przed białym ekranem, mając za powierników serca jedynie czarne litery. Wróciłem, żeby zastanawiać się, bać, płakać i przeklinać, nienawidzić, kochać i tęsknić. By jednego dnia być pewnym swoich decyzji, i ze słowami przekonania "klamka zapadła" w głowie, szarpać lekarza za rękaw, biegać po mieście i z dumą być kim naprawdę jestem, obwieszczać wszystkim znajomym, że mają mi mówić Oskar, i że absolutnie, absolutnie, nie będę akceptował końcówki "aś"; a drugiego płakać z niepewności, wcierać jedwab w długie treski, oglądać zdjęcia i płakać, że chyba coś straciłem, zatrzymywać się przy stoiskach i oglądać kokardkowe spinki do włosów z cyrkoniami, macać różową koronkę spódniczki upchniętej do kartonu, i myśleć, czy ja ze swojego bycia dziewczyną nie zrobiłem czegoś na kształt byłej ukochanej dziewczyny, do której chętnie być co prawda wrócił, ale wiesz, że tak nie można, no i nie do końca Ci to pasuje, jaką osobą ona była.

  Tak również jednego dnia potrzebuję być absolutnie rozpoznawany na ulicy, w sklepie i w tramwaju tylko i wyłącznie jako chłopak, a drugiego marzę o długich różowych włosach i różu, i koronce, i pluszowych tygryskach. Mimo to, gdzieś pomiędzy tym szaleństwem, jest poczucie, że moje ciało nie chce być odkryte jako dziewczyny. Że nie chcę tego biustu, tych ud, a jednocześnie nie chcę ociekać testosteronem, przypominać zbitej kulki złożonej z samych mięśni, mieć brzydkich dużych stóp i owłosionych paluchów. Myślę o sobie jako o postaci z anime, bądź elfie z żywo zielonego lasu pełnego pięknych stworzeń, która nie ma narzuconych standardów, która ma męski głos, męskie smukłe, szczupłe ciało, a przy tym dowolność ubioru - i to mi odpowiada, napawa entuzjazmem, radością, że oto odkryłem siebie. Problem w tym, że nie żyję w anime, ani w opowieściach fantasy. Rzeczywistość to tramwaje, praca, szkoła, Grażyny na moim osiedlu i jednakowość 90% ludzi, oraz wpatrywanie się we mnie połowy tych właśnie 90%.

 To bez sensu, ale tak jest. Żałuję, że nie mogę żyć w jakimś zapomnianym, nietkniętym ludzką ręką lesie, że nie mogę być szczęśliwy taki, jaki jestem, bez podlegania kulturze, jaka się ogólnie przyjmuje. Bez tego systemu. Bez tych spojrzeń i opinii. Być sobą, leżeć na najniższej gałęzi wierzby, jedną nogę zanurzyć w czystej rzece przepływającej leniwie pode mną, drugą oprzeć o pień porośnięty młodym bluszczem. Obserwować z tej perspektywy ptaki i motyle, mrużyć oczy od słońca przebijającego przez gałęzie, które co chwila zasłania się chmurką i na powrót pokazuje, jakby zbyt nieśmiałe, by wyjść całkiem. Odgarnąć z czoła długie połyskujące, białe włosy, po czym znów oddać się przyglądaniu małym stworzonkom. Żyć z nimi w harmonii, tak jak one żyją ze mną - nie dyskryminują mnie, że jestem inny, nie omijają szerokim łukiem, kochają i tak samo chcą być kochane.

 Wiem, mam piękne, utopijne wizje. Często o tym rozmyślam, a przy tym często jest mi smutno, bo otwieram oczy i widzę miasto. Żadnej zieleni, żadnych lasów, łąk, do których byłem przywiązany, które kochałem, rzek, nad którymi przelewałem łzy, by zmieszały się, popłynęły z prądem - gdzie rzucałem patyczki, tym samym gubiąc problemy, pozwalając wodzie, by je uniosła, poniosła jak najdalej. A jednocześnie nie mogę tam wrócić, bo w małych miastach nienawidzą takich odmieńców. Tylko miasto pozwala mi na pewną anonimowość, na lekceważące machnięcie ręką zamiast opluwania. Mimo to marzę, by kiedyś, kiedy zarobię dość pieniędzy, wyprowadzić się na wieś, tam gdzie nie ma prawie nikogo, zamieszkać w małym nowym domku, pachnącym remontem, gdzie zapach nowości i przytulnego, własnego gospodarstwa, będzie mieszał się z zapachem łąk za oknem. Gdzie kiedy usiądę w kuchni, za oknem nie zobaczę szarego muru, tylko lasy i jezioro w oddali, z błyszczącą taflą, ze śmiejącym się słońcem przeglądającym w tym wielkim lustrze.

 I tym chyba zakończę dzisiejszy wpis. Jutro mam drugą wizytę u psychologa. Muszę przekonać ją, że jestem pewien co robię. Żadnego wahania. Żadnej uniwersalności - bo w psychologicznych książkach nie ma miejsca na bycie sobą.