piątek, 28 października 2016

08. O dorosłym życiu słów kilka

 Dzisiaj może się wydawać, że będzie post z dupy. Nie napiszę o swojej tożsamości, a jedynie podzielę się moimi spostrzeżeniami na podstawie tego, co sam przeżyłem - niewiele, ale więcej niż moi rówieśnicy. Tyczyć się będą sytuacji na rynku. Wiem, zaczyna brzmieć to nudnie, jak wykład na jebanej geografii, w dodatku przymusowy, że nawet nie możesz wyciągnąć kanapek i na nim jeść - siedzisz tylko rozdrażniony, wlepiając się bardziej w zegar nad rzutnikiem niż w samą prezentację. Ale obiecuję, że tak nie będzie, możecie nawet wyciągnąć swoje zasrane kanapki.
 Kiedy rzucałem swoją szkołę, byłem wściekły na wszystkich, na nauczycieli, niedorozwojów których miałem w klasie, cały w sumie syfiasty system i program nauczania. Byłem przekonany absolutnie w stu procentach, że nie będę szedł na żadne studia, bo to strata czasu i pieniędzy, bo tyle się mówi, że magister a na budowie teraz robi. Nie widziałem też siebie na żadnym kierunku, bo moje zdolności matematyczne są niewiele większe niż zwykłej myszy polnej, a zdolność szybkiego kojarzenia i zapamiętywania można by przyrównać do leniwca stopniowo przebudzającego się na gałęzi. Taki mam speed. Więc rozumiecie, o pójściu na studia nie było mowy. Wybrałem sobie alternatywę, czyli studium fryzjerskie, i tego postanowiłem się trzymać. Ale żeby nie odbiegać zbytnio do przodu i zachować kolejność zdarzeń, zwizualizuję jeszcze raz początkową sytuację: rzucam szkołę, totalnie w pizdu, totalnie bez słowa, wyjeżdżam do miasta. Kierowała mną chęć ucieczki, jak najszybciej i jak najdalej. I nie chodziło tylko o szkołę, ale z rodziną też miałem lekko mówiąc przejebane, bo przez to, że powinęła mi się noga, wszystkim domownikom zwyczajnie odpierdoliło i chcieli żebym szedł do tej szkoły, w to gniazdo szerszeni, chociażby na kolanach i chociażby podprowadzonym za rękę do samej ławki. A ja serio nienawidziłem tego miejsca, najbardziej za homofobiczne ataki z jakimi się zmagałem od gimnazjum. Nigdy nie byłem tak odporny, żeby mieć to w dupie, wolałem się poddać i uciec jak najdalej. Nie myślcie, że w tym przypadku coś się zmieniło.
 Zacząłem od pracy w małym spożywczaku, gdzie robić musiałem dosłownie wszystko, istny zapierdol - wrzucać bułki do pieca, wykładać je starannie i elegancko, pilnować dat przydatności do spożycia na swoim wyznaczonym dziale, zamiatać, myć, ścierać półki, wykładać i ważyć ciasto, przyjmować dostawy, robić zapiekanki/hot dogi, w międzyczasie zaiwaniać na mięsno-serowy kroić na wagę i wydawać, no i oczywiście obsługiwać za ladą - na stojąco, cały czas na stojąco. I tak od 6:00 do 15:30 albo od 15:30 do 23:00. Doliczając dojazd do domu, wracałem po drugiej zmianie zawsze prawie o północy. Ale zapierdol to jeszcze nic, pracowałem tam tydzień (tak, tylko tyle wytrzymałem, bo po powrocie płakałem z bólu całego ciała) a już niemal udało im się wrobić mnie w minus w kasetce, przy okazji laski pracujące tam obrabiały mi dupę przed kierowniczką. Podziękowałem, a raczej rzuciłem taką robotę w pizdu, zwyczajnie więcej nie przychodząc.
 Później pracowałem w kiosku na trzy zmiany. Fizycznej roboty miałem mniej, za to musiałem ekspresowo wszystkich obsługiwać. Jeśli przy okienku stały dwie-trzy osoby, szef opierniczał mnie, że "robi się kolejka" i dyszał nade mną lustrując moje ruchy, narzekając ciągle, że mam je jak "mimoza" i że, oczywiście, mam się pospieszyć. Później przytaczał tą swoją stałą procedurę, że to jest kiosk przy pętli, że tu trzeba się szybko ruszać. Kontrole miałem codziennie, czasami po kilka razy. Widocznie mieszkał gdzieś w pobliżu i nie miał co robić w domu. Określiłbym go jako despotycznego szefa, chociaż jedno muszę mu przyznać, że był uczciwy. Ale wzbudzał we mnie tak wielki strach, że wracałem wkurwiony. Do tego doszły w późniejszym czasie nocki, gdzie wracałem do domu o 7:00, blady, z twarzą zajechanej trzydziestolatki. Zaczepiali mnie tam ćpuny (ze dwóch było, którzy przychodzili regularnie) i jeden podejrzany czarnoskóry (i nie chodzi o to, że był podejrzany, bo był czarnoskóry, tylko naprawdę był dziwny z tym swoim kręceniem się wokół mojego kiosku i rzucaniem dziesięciocentówek żebym sprzedał mu dezodorant). Bałem się tych nocek, gdzie byłem sam, samiuteńki, i nikogo w promieniu 15 metrów. Zaryzykowałem więc i się zwolniłem, a po tygodniu otrzymałem pracę na wyspie kosmetycznej. I jest to miła praca, bo polega na siedzeniu na krzesełku i obsłudze klientek co jakąś godzinę, jednakże to jest właśnie najgorsze - obsługa klientek. Obsługa czasami jest z mojej strony niewymuszenie miła, kiedy owe przychodzące do mnie Panie są miłe, ale równie często zdarzają się wybredne, marudne, zniechęcone i psujące Ci dzień. Nie cierpię obsługi klienta, nie cierpię też tych problemów, które czasami robią, jak zwroty, pretensje do tego kto im to sprzedał, dzwonienie do szefostwa oraz wizyt tajemniczych klientów. Jest to jednak chyba jedna z niewielu prac, które ja - kalekie dziecko - mogę wykonywać.
 Do jakiego generalnie wniosku doszedłem? Że jeśli nie chcesz zapierdalać w gównianych robotach, potrzebujesz kursu, studium lub studiów - uporządkowane od najbardziej prawdopodobnej w efekcie fizycznej pracy do najmniej prawdopodobnej. Ale to nie wszystko, potrzeba planu na życie. Konkretnego, zajebistego planu. Po kilku godzinach płaczu i załamania swoją popierdoloną sytuacją, ogarnąłem się i dotarło do mnie, że za szybko, żeby się poddawać - muszę ułożyć plan i go zrealizować, muszę wykorzystać to, że jestem chociaż trochę ambitniejszy i bardziej myślący od większości społeczeństwa i kierować się swoją zaradnością (droga zaradności, jeśli gdzieś we mnie istniejesz). I to tyle, co mogę póki co zdradzić, rozpisałem swój plan na kartce w punktach, co muszę zrobić, a pierwszym punktem jest "zdać maturę". Jeśli nie wyjdzie, mam plan awaryjny, jeśli wyjdzie - tym lepiej dla mnie, ale w końcu wyjść musi. Podzieliłem się moimi doświadczeniami które nabyłem do tej pory, podzieliłem sie też moimi wnioskami, mam nadzieję, że i Wy wyciągniecie swoje własne, mądre i rozsądne, i jednak pomyślicie jeszcze raz, czy nie spróbować zdobyć wyższego wykształcenia. Jeśli chcesz jak ja utrzymać mieszkanie, dostać kredyt na własne mieszkanie, mieć za co jeść, ubrać się i nakarmić psa, potrzebujesz niestandardowego planu. I najważniejsze, co już powiedziałem: jest za wcześnie, żeby się poddawać.


wtorek, 4 października 2016

07. Pewność.

 Nie mam zdania na temat słów tego gościa [papieża], ale najbardziej zdumiewające jest dla mnie to, że w XXI wieku, gdy ludzie latają w kosmos, przy całym dorobku psychologii, gdy niewątpliwie następuje rozwój cywilizacyjny na wielu frontach, wydawać by się mogło, że ludzie zajmują swoje umysły jakimiś niesłychanie innowacyjnymi myślami i skomplikowanymi zagadnieniami, ale nie, nadal najbardziej zajmującym i budzącym największe emocje zagadnieniem jest "czy homoseksualizm jest aby naturalny". Mam obawy co do przyszłości naszego gatunku.

 W tej pewności siebie, tego, kim się jest, tkwi największa siła. To najwięcej znaczy. Żadne straszenie piekłem, grzechem, rozwodem, odsunięciem się, nie jest tak straszne, kiedy się nie wahasz - kiedy doskonale wiesz, że jesteś jaki jesteś i tego nie zmienisz, i zaakceptujesz to, w dodatku kiedy do tego wszystkiego potrafisz być szczęśliwy z tym kim jesteś i jeszcze szczęśliwszy myśląc o tym, kim jeszcze możesz się stać, jakie możliwości masz do stania się lepszym i polepszenia swojego życia.

 Nigdy nie byłem jakiś super szczególnie atrakcyjny i miałem na tym punckie mnóstwo kompleksów, dopóki problemem nie okazało się coś dużego, znaczącego, znacznie większego niż te drobne komplesy, a o czym nie wiedziałem - płeć w środku mnie, niepasująca do aktualnej, tej "biologicznej" Podobno ludzie sami sobie wybierają problemy z którymi muszą się zmierzyć, jeszcze zanim się narodzą - po to, żeby przeżyć świat cały, w całym jego absolucie, w wymiarze wszystkich trudności, i uświęcić się tym samym (jest to bodajże pogląd taoistów, ale zauważcie, jakie podobieństwo do chrześcijaństwa, gdzie mówi się o nadstawianiu drugiego policzka by stać się świętym - taka trochę niedopracowana wersja bez reinkarnacji). Ogółem to mam dużo mądrych rzeczy w głowie ale niestety rzadko pamiętam źródło. Często myślę o tej teorii.
 Jak mówiłem, nigdy nie byłem szczególnie atrakcyjny, ale po niemalże naprostowaniu swojej płci, poszerzyły mi się horyzonty myślenia. Zrozumiałem, że 70% atrakcyjności bierze się z tego, czy ktoś o siebie dba, a nie z jaką twarzą się urodził. I nie wystarczy mydło i woda, chodzi mi naprawdę o zadbanie o siebie, o zainteresowanie tym, co modne, o przeznaczenie oszczędności na coś dla swojego wyglądu zewnętrznego, a nie kolejną mangę czy coinsy do gry. Tyle, że nie każdy odczuwa potrzebę zrobienia czegoś z sobą. Ale ogólnie to o, proszę, właśnie przedstawiłem tajemnicę bycia choć odrobinę piękniejszym człowiekiem.

 A teraz opowiem swój wczorajszy dzień, bo był popierdolony.

 Wracałem sobie spokojnie do domu tramwajem, kiedy nagle ktoś dzwoni do mnie. To Klaudia. W zmieszaniu, roztrzęsieniu i jednocześnie dziwnym ni-to-śmiechu mówi mi "Adrian, mój kolega z pracy, nie ma mieszkania i od kilku dni śpi w hotelu, i mówi, że je co 4 dni i zostało mu 700 zł i prosi, żebyśmy go przenocowali". Ten sam chłopaczyna, że tak dodam, jakiś tydzień temu około miał zagościć w nasze skromne progi, by obejrzeć pokój i zdecydować się na jego wynajem, ale wychujał mnie i powiedział (jak już stałem na dworze i czekałem na niego na przystanku, by stosownie go przywitać i wprowadzić), że nie przyjedzie jednak. I to nawet nie mi, tylko jej. W każdym razie pokręciłem nosem, ale mam dobre serce, i wiem, jak mi samemu było ciężko na początku i jak płakałem po nocach, że nie ma na nic pieniędzy. Tak, krótko mówiąc, zgodziłem się. Chłopaczyna przyjechał zanim na dobre usiadłem na krześle by skonsumować obiad. Oczywiście musiałem po niego wyjść. Po obejściu dookoła całego osiedla, bo nie wiedziałem, gdzie on wylądował, zobaczyłem z 4 wielkie kartony i 3 walizki oraz coś co wyglądało jak wielkie koło i do teraz nie mam pojęcia czym jest. A przy tych wielkich kartonach stał on, dwukrotnie ode mnie wyższy (no przynajmniej tak mi się wydawało) oraz taksówkarz, podejrzanie uśmiechnięty połową ust. Nigdy nie ufam ludziom uśmiechającym się połową ust. Wyciągnął do mnie rękę i powiedział "Adrian jestem miło mi", na co ja zmieszany "Miło mi". I teraz pytanie nad pytaniami, dlaczego się sam nie przedstawiłem? Cóż, wystraszyłem się. Ze stali nie jestem, mój drżący damski głos mnie zdradzał, i bałem się kpiących uśmiechów, gdybym powiedział z grubej rury wbrew temu głosowi i wzrostowi "No więc Oskar jestem". Po prostu się wystraszyłem.
 Ale no nic, musiałem poudawać męskiego i wnieść z nim te kartony i walichy do mieszkania. Klaudia z tego przejęcia przypaliła ziemniaczki. Z założenia mieliśmy spać tak, że my we dwoje na jednym łóżku a on na drugim w tym samym pokoju, a kiedy matka by przyszła, to jeszcze mogłaby poużywać swojego pokoju, zanim się wyprowadzi. Rzeczywistość, oraz ilość kartonów, walizek i wielkość tajemniczego koła przytłoczyły, oraz wypchnęły naszą dwójkę, dla której już miejsca w pokoju nie było (chyba, żeby zacząć praktykować parkour i przeskoczyć jakoś cały ten mur by dostać się do drugiego łóżka). Chciałbym jeszcze dodać, co jest istotne, że ilekroć próbowałem ją przytulić, pocałować, odsuwała się. Narobiła mi tym wstydu, bo nie jest to nic fajnego, kiedy Twoja laska odsuwa się od Ciebie przy gościu, jakbyś co najmniej chorował na jakąś mocno zakaźną chorobę. Ta, poczułem się poniżony.
 W końcu, po kąpielach, ścielimy łóżko ścielimy, w tym pokoju matki oczywiście, Wtem ona do mnie "naciągnij to prześcieradło tam mocno" na co ja "naciągnąć to mi możesz chuja" - co miało być sarkastyczno-ironiczną odpowiedzią i znaczyło mniej więcej "prześcieradło jest za krótkie". Ona oczywiście załapała ten żarcik, ale kolega stojący wówczas w przedpokoju popełnił swój pierwszy oraz prawdopodobnie największy błąd życia. Skomentował to mianowicie w ten oto sposób: "najpierw trzeba go mieć, tak tylko mówię". Wtem, poza wstydem którego już narobiła mi Klaudia, poczułem falę złości i... szoku. I poczułem się po raz pierwszy, ale nie ostatni tego wieczoru, poniżony.
 Około drugiej w nocy dostałem opierdol od Klaudii za to, że się Adrianowi nie przedstawiłem. Tak, pochwalił się jej. Nie zrozumiała mnie totalnie tylko po prostu opierdoliła. Później wspomniałem sytuację, kiedy wyrywała się z moich objęć, i dowiedziałem się, że wcale nie powiedziała mu, że jesteśmy razem, bo "to mogłoby być lesbijskie". To mogłoby być lesbijskie. Lesbijskie.
 I się wkurwiłem. A im bardziej się wkurwiłem i im bardziej się kłóciliśmy, tym po lepsze bronie sięgała by mnie zranić i w końcu rzuciła do mnie "Ty jesteś "aś", baba! A na bycie chłopakiem trzeba sobie zasłużyć!". I to mi dokurwiło już tak do sedna. Złapałem ją za gardło i powiedziałem, że ma się zamknąć, bo jest głupia, ale ZROZUMCIE mnie, to już było dla mnie znacznie, znacznie za dużo. Poza tym jak powiedział mój kolega "skoro ona postrzega Cię w ten sposób, to to nie było chamskie, że jej coś zrobiłeś - w końcu kobieta kobietę może uderzyć :)". I przyznałem mu rację.
 Teraz nie wiem gdzie będę spał ani jak to się potoczy, ale zakończeniem tej jakże urokliwej historii może być jej wstęp. Ten zaczynający się od słów "w tej pewności siebie".
 Czy to nie głębokie, że początek stał się końcem? Bardzo głębokie. Czasami uda mi się napisać coś mądrego.

A to tylko skierowania na w chuj drogie badania, oraz jeszcze-nie-opinia ale już jakieś stwierdzienie, z poważną pieczątką.

czwartek, 22 września 2016

06. Strach przed wątpliwościami.

 
Strach przed byciem zbyt uniwersalnym
Strach przed byciem zbyt mało chłopięcym
Strach przed byciem określonym jako dziewczyna
Strach przed wyśmianiem
Strach przed zlekceważeniem
Strach przed wątpliwościami
Strach przed byciem sobą

 Demony bywają spostrzegane jako kobiety lub jako mężczyźni. Wszystko zależy od kultury. Mówi się, że anioły są bytami tak doskonałymi, że nie posiadają biologicznej płci. Kwestionuje się nawet płeć Jezusa i samego Boga, podając, że tylko mężczyźni jako dowódcy mogli być dawniej odebrani jako wzór do podążania, i że pewne aspekty mogły zostać ukryte. 
 Byt doskonały. Dla jednych to kobieta o filigranowej budowie, długich włosach, smukła, wątła, kobieca. Dla innych mężczyzna o ciele idealnie proporcjonalnym, silny niczym Michał lub o delikatnie chłopięcej budowie, wręcz nierozpoznawalny, z długimi złotymi loczkami i łagodnym uśmiechem na twarzy. Ale zejdźmy na ziemię. 
 Nie chciałoby mi się tracić czasu na opisywanie ziemskich ideałów. Jakie są obecnie kanony piękna - każdy wie. A mój problem polega na tym, że się w te kanony nie wpisuję. Ludziom na określenie mnie ciśnie się na usta tylko jedno słowo: pedał. Pedał, bo niewpisany w standardy. Pedał, bo odróżniający się. Pedał, bo chce być mężczyzną, ale nie chce być przesadnie męski. Zwyrol i transwestyta, bo nie potrafi być "normalnie dziewczyną".
 Lubię filmy animowane i fantasy. Cenię je za to odbiegnięcie od naszej kultury - strojem, zachowaniem, muzyką, językiem, architekturą, poglądami. Czuję się niechciany przez mój świat, w którym żyję, dlatego zamykam się w sobie i odgradzam od niego. Dostaję ataku histerii, kiedy muszę przeżyć 35 minut tramwajem do pracy bez słuchawek, słyszeć te durne rozmowy dziewczyn albo bać się >prawdziwych męskich mężczyzn<. Pojebany konserwatywny świat, w którym wszystko co nowe wzbudza niezdrową ciekawość i kontrowersję, w którym panuje pozorny porządek, który od setek lat zmienił się tylko ustanowieniem zbioru punkcików, według których nie można zabijać nikogo na ulicy, ale czujesz, że wiele z tych ludzi z chęcią zabija Cię w myślach. Dlaczego? Możesz im podpaść czymkolwiek, co >inne<. Czasami nie chce mi się żyć, czasami myślę, że moja walka nie ma sensu, że wszystko jest martwym punktem, że znajdzie się jeszcze tyle krytyki, tyle pytań "dlaczego nie możesz zostać dziewczyną" a ja nie będę potrafił na nie odpowiedzieć. Ostatnio miałem pomagać mamie, a rozpłakałem się, wiecie. Jak dziecko. Usiadłem i płakałem, że ja sobie chyba nie dam rady. 
 Dlaczego tak dużo czasu mi zajęło określenie się? Dlaczego teraz, a nie w wieku 13, 14 lat? Skąd, po co te wszystkie etapy? Bo jestem inny. To bardzo ogólnikowe, ale trafne i mocne słowo: inny. Słyszałem to w liceum, kiedy wychowawca wlepił we mnie oczy, a później powiedział do całej klasy "Ona jest po prostu INNA. Ma swój świat". Mam swój świat - w którym nie ma miejsca na rzeczywistość. Z którego nie chciałbym się wybudzać... Podobno z pewnych rzeczy się wyrasta. Podobno niektóre rzeczy są przeznaczone tylko dla dziewczyn. Słyszałem już wiele kłamstw.

Wychyliłem się za burtę, by podziwiać głębię morza. Zobaczyłem straszne rzeczy, więc schowałem się do swojej kajuty i żałowałem, że z niej wyszedłem. Co mnie pokusiło, żeby patrzeć w tę głębię?

 

poniedziałek, 19 września 2016

05. Nie potrafię już być starym sobą.

"Podobno na biegunie północnym są małe diamenty, które porywa wiatr. Kiedy słońce przez nie świeci, mienią się wszystkimi kolorami... A jeśli spróbujesz je chwycić w dłonie...
znikają...'"

 Myślałem od jakiegoś czasu nad tym, by zrobić jeszcze ostatni raz próbę stania się na jeden wieczór dziewczyną. Plan był taki, że miałem wyglądać tak, jak w trakcie chodzenia przeze mnie do publicznego liceum. Nie pamiętałem za bardzo jak dokładnie się malowałem czy czesałem, ale jak mówi pewne przysłowie mistrzów kanji: "ręka pamięta". Po 3 latach codziennego malowania się w jeden, rutynowy sposób, moja ręka pamiętała, jak trzymać liner i jak jednym pociągnięciem (no, może dwoma) zrobić idealną kreskę kończącą się zadziornym pogrubieniem, a'la cat eye. Miałem trochę większy problem z brwiami, bo tu co tydzień zmieniałem kształt, zależenie od tego, co mi się akurat uwidziało. Wpiąłem też swoje 60-cm treski (nie mam pojęcia jak one się utrzymały na moich centymetrowych włoskach, ale gratulacje dla twórców za obmyślenie spinek z silikonowym paskiem). Stanąłem przed lustrem. I chuj, i widzę chłopaka. Chłopaka-transwestytę (nie, nie pomyliłem pojęć, dokładnie o te mi chodzi). Musiałem pomrugać, postać chwilę dłużej, żeby wyłapać coś damskiego w tej twarzy, ale za chuja nie zobaczyłem w niej starego siebie. Czy to kwestia wieku i zmiany twarzy, odzwyczajenia się, psychiki, a może niedokładności w makijażu - nie wiem. Przede mną stała piękna dziewczyna, prawie kobieta, z czarnymi włosami do tyłka, szczupła, o sukowatym spojrzeniu. Podobało mi się całkiem patrzenie na nią, ale nie ośmieliłem się spojrzeć w dół na >swoje< ciało. Po prostu nie mogłem. Wpatrzyłem się w nią tylko, a kiedy mi się znudziło, znów założyłem bandaże, zmyłem to gówno z ryja, nałożyłem koszulkę i poszedłem dalej grać. I to by było na tyle z mojego back time.
 Nie rozumiem wiele rzeczy, nie rozumiem na przykład, jak kiedyś mogłem być dziewczyną i chociażby kupić te cholerne dopinki za 400 zł które założyłem nie więcej jak 10 razy, głównie do pracy. Nie rozumiem też, czy mam skłonności do bycia transwestytą, czy to normalna reakcja chłopaka, że podobała mi się loszka przede mną. W końcu nie widziałem w niej siebie, nie czułem się nią. Kiedy opowiedziałem to przy kolacji Klaudii, powiedziała, że to chyba normalne, bo jako dziewczyna jestem "bardzo ładny". Mruknąłem, że nie będę więcej dziewczyną - że to był ostatni raz, jak się pomalowałem. Nie chcę już tego.
 Wiele rzeczy pozostaje dla mnie niewyjaśnionych, a jednocześnie prostych do odpowiedzi.

5 października - 4/5 wizyta u psycholog

środa, 14 września 2016

04. Pragnienie życia w zgodzie ze swoją orientacją.

"Larwa to znak przeobrażeń. Dlatego gdy tylko pojawi się w Twoim śnie, możesz nastawić się na wielkie zmiany w swoim życiu."
"Sen ten oznacza, że mimo iż nie widzisz na razie szans na szczęście, powinieneś cierpliwie znieść wszystko, co przynosi Ci los, gdyż na pewno kiedyś je osiągniesz."

  Dziś będzie mniej miło i spokojnie, a bardziej smutno i emocjonalnie. To dlatego, że po kilku dniach planowania tego wpisu, wreszcie mogę wylać swój żal. Mnóstwo niewypowiedzianych słów. Mnóstwo tłumionego krzyku, ukrywania się za delikatnym uśmiechem i milczeniem. Więc co jest, do cholery, nie tak?
 Zaczęło się od rozczarowania. Znajdujesz miłość swojego życia, masz nadzieję, że teraz wszystko będzie w porządku. Wszystko się układa, ona wprowadza się do Ciebie, zapisuje do Twojej szkoły. Odległość 620 km przestaje istnieć, masz ją przy sobie. Wydaje się taka krucha i delikatna, chcesz się nią opiekować, przedstawiasz swojej rodzinie i znajomym. Otaczasz ją ramieniem, ofiarujesz w miarę spokojny dom, bo nie mogłeś znieść, że ona miała tak ciężko. Wydaje się...
 Mijają miesiące. Odcinasz się od znajomych, bo czujesz się zobowiązany opiekować nią, poświęcać cały swój czas, by ta drobna istota nie czuła się obco w nowym mieście. Ona jest wpatrzona w Ciebie jak w obrazek, nic bez Twojej zgody nie zrobi, o wszystko pyta, prosi, stara się o Ciebie. Wie, że jesteś jedyną tu bliską jej osobą. Matka co prawda ostrzega Cię, że coś jest nie tak, że dostosowujesz się do niej za mocno, że przestałeś się uczyć, bo rozmawiasz z nią całymi dniami, bo skoro ona nie ma siły, to Ty nie możesz sięgnąć za książkę, bo się obrazi, że umiesz więcej zamiast spędzić z nią trochę czasu. Tak się zaczęło, od książek, jej dyktowanie. Twoja krucha i delikatna dziewczyna zaczyna czuć się coraz pewniej w nowym miejscu, wyczuwa, że masz dobre serce, uczy się, jak Cię przekonywać, poznaje Twoje słabe punkty. Ubiera koronę na głowę, stojąc na Twoich barkach. Za Twoim pośrednictwem może już wszystko. Ale Ty jesteś przecież zakochany.
 Kochasz ją tak mocno, że olewasz naukę, bo spędzasz z nią cały swój czas. Później olewasz lekcje, bo nic nie umiesz. Wreszcie grozi Ci niezdanie, a Ty poddajesz się i uciekasz z nią do dużego miasta. Podejmujesz pracę i szkołę jednocześnie, spędzasz tam całe dnie, wracasz nocą. Ona nie pracuje długo, zwalnia się po dwóch miesiącach, licząc, że znajdzie coś lepszego (nie znalazła). I któregoś dnia odkrywasz, że kiedy jesteś w pracy, ona utrzymuje kontakty z innymi osobami. Zaczyna się dziwnie zachowywać, chować przed Tobą telefon, blokować go hasłem... Kiedy przychodzi do kłótni, wyrzuca Ci, że całe dnie nie ma Cię w domu. Chce Ci się ryczeć z wściekłości i zmęczenia. A to dopiero początek.
 Coraz bardziej pojebane kłótnie, coraz więcej psychozy w nich. Pamiętasz swoje kłótnie z matką, więc chcesz tej psychozy uniknąć. Z każdą kolejną kłótnią wyciszasz się, obojętniejesz. Już nie krzyczysz kiedy zauważasz, że flirtuje na telefonie. Już nie boisz się, kiedy przykłada Ci nóż do twarzy. Przestajesz się tłumaczyć, zaczynasz rzucać krótkim kłamstwem na odczepne, dla świętego spokoju. "Z kim rozmawiasz?" - "Z nikim".  Mama daje Ci sygnały, że coś jest nie tak, że kiedy wychodzisz do pracy, ona cały czas z kimś pisze. Wiesz o tym dobrze. Znów i znów przyłapujesz ją na otwartych okienkach, śmiać Ci się chce, kiedy widzisz jej spłoszony wzrok... Śmiać i wyć z wściekłości.
 Któregoś dnia, kiedy ona jest tydzień u rodziców, wpadasz na durny i mądry plan, żeby sprawdzić swoją przyszłą małżonkę (tak, za rok mieliśmy brać ślub i wspólny kredyt na mieszkanie). W końcu nie miałeś żadnych ostrych dowodów na zdradę, ze wszystkiego jakoś się tłumaczyła, nie mogłeś nic jej zarzucić. Zakładasz nowe konto na facebooku, wstawiasz na profilowe jakiegoś przystojnego gościa z Ukrainy czy Rosji, cholera już wie, i piszesz do niej. Nie jest najgłupsza, więc bada teren, pyta Cię, czy założyłeś nowe konto, bo ją ktoś zaprosił. Udajesz zazdrosnego i mówisz, że to nie Ty. Pytasz bezsensownie, kim jest ta osoba - wszystko dla pozorów. Kiedy poczuła, że może działać, odpisała gościowi, który nie istnieje. Mnie już dla niej nie było, przestałem istnieć. Unikała rozmów ze mną, kłamała spytana o niego, że nie wie, kim jest, że popisała tylko chwilę - w rzeczywistości pisała z nim kilka dni i nocy, łatwo dała się namówić na cyberek. Jak dzwoniłeś i pytałeś co robi, mówiła, że ogląda serial z mamą, a naprawdę nie chciała z Tobą rozmawiać, bo pisała właśnie z nim. Była nieobecna, niechętna, rozkojarzona. W końcu pieprznęła opisem o tym, jak robiłaby gościowi loda. Sięgasz po wódkę, bo na trzeźwo nie da rady prowadzić tej rozmowy. Kilka głębszych łyków, i dowiadujesz się przy okazji, że była z Tobą, bo ktoś się nią musi zajmować, utrzymywać, nigdy Cię nie kochała i w ogóle jesteś przeciętny. Ślini się do gościa, którego Ty udajesz, gotowa jest się z nim spotkać, umawiacie się. I znikasz nagle, bo już nie dajesz rady ciągnąć tych rozmów, tak to cholernie boli, że dziewczyna, z którą byłeś dwa i pół roku... Ah, szkoda gadać. Od tej pory wycofałem się i odciąłem emocjonalnie od niej. Choćbym zastał ją w łóżku z kimś innym, już nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. Zerwała ze mną jeszcze przed przyjazdem, na chacie, bez zbędnego pierdolenia się. Kiedy przyjechała, leżałem na łóżku i sączyłem Lubelską. Na pytanie, "co tam u mnie", odpowiedziałem, żeby się nie spieszyła z rozpakowywaniem, bo ten chłopak raczej nie przyjdzie. Strach w jej oczach, drżące "ph wiedziałam że to ty" będę pamiętać pewnie do końca życia. Generalnie, od tamtych zdarzeń, czy raczej tej ostatniej kropli w czarze goryczy, stałem się absolutnie wycofany społecznie, nieufny, i pewny, że nikt nie jest godny zaufania i poświęcenia mu czasu.
 Pewnie każdy mądry i rozsądny człowiek powiedziałby w tym momencie "hm, mam nadzieję, że z nią skończyłeś". Nie skończyłem. Po kilku dniach unikania się i jej przekonywania, że "dobrze wiedziała, że to ja", że "sama się bawiła" (w co nikt by nie uwierzył), dla świętego spokoju pozwoliłem, żebyśmy do siebie wrócili. Nieswojo jest przebywać cały czas z byłą w jednym pokoju, prościej jest ustąpić i wrócić do starego życia, w którym i tak już nie ma miejsca na związek. Związek bez związkowego zachowania. Za jakiś czas znowu poczuła się i pewnie i odpuściła, czyli wszystko po staremu.
 Mogłem mieszkać sam, ale ona nie ma zamiaru się wyprowadzać, a ma do tego mieszkania takie samo prawo, bo tak sporządzona jest umowa. Tutaj nikt nie potrafi mi nic doradzić, i ja sam czekam na jakieś rozwiązanie tej sprawy, zastanawiam się codziennie, co tu zrobić. Mam do wyboru wyprowadzić się do Warszawy i być razem, tylko po to, by obojgu było wygodniej finansowo, albo zostać we Wrocławiu z mamą i podjąć szkołę fryzjerską tutaj (też nie są gorsze).

 W tym momencie zastanawiam się, czy nie usunąć tych przykrych wspomnień i nie zacząć od nowa od pisania tego, o czym naprawdę miałem, ale wydaje mi się, że ta historia jest dość niezbędna, żeby zrozumieć dalszą część mojego wpisu.

 Chodzi o to, że oddaliliśmy się od siebie, ale ja nie przestałem chodzić do psychologa i walczyć o naprawienie mojej płci. Nie straciłem nadziei na to ani motywacji, wręcz zmotywowałem się jeszcze bardziej do pracy, bo chciałem pokazać jej, że ja będę najlepszym chłopakiem, jakiego dane jej było poznać. Teraz oczywiście mi już na tym nie zależy... Emocje opadły. Czując się wolniejszy, zacząłem sam pisać z różnymi chłopakami. Najpierw przedstawiałem sprawę jasno, że jestem transem, ale teraz, kiedy jestem już w trakcie kończenia diagnoz (najpóźniej do połowy października będę mieć to za sobą i zacznę leczenie), przestałem. Bo przecież nie jestem transem na stałe, jestem chłopakiem, więc dlaczego mam się czuć winny i spowiadać każdej nowo poznanej osobie? Nie oszukuję przecież. Kiedy zaczęli widzieć mnie nawet na zdjęciach i uwierzyli mi, poczułem się... Tak bardzo wyzwolony, i tak bardzo sobą. Nareszcie, jak światełko w tunelu, pojawiła się przede mną wizja uczestniczenia w gejowskim flircie. I ja, ja który zazdrościłem tym pedałkom, stałem się jednym z nich. To niewyobrażalne. Uniosłem się ponad ziemią, wzleciałem niemal do nieba. Przy ziemi trzyma mnie jeszcze tylko złośliwy głosik "pamiętaj, że minie minimum rok, zanim będziesz mógł spotkać się z nimi twarzą w twarz". Ale kiedy to się stanie... Będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
 I to nie jest tak, że mnie ciągnie do zdrady, flirtu, jakiejś chwilowej zabawy. Ciągnie mnie do tego, by być gejem, stuprocentowym sobą, chłopakiem z chłopakiem. Dlatego zacząłem czuć rozgoryczenie tym, że moja partnerka jest partnerką, że wykonuje makijaże, zawija nogami jak kobieta i ma często babskie zachowania. Z jednej strony chcę być wierny jej, bo takim jestem typem człowieka, z drugiej pamiętam, co mi zrobiła i nie potrafię już się jej tak naiwnie oddać sercem, a z trzeciej (tak, tu zastosuję trzy strony) jak mówiłem, potrzebuję żyć w zgodzie ze swoją orientacją. Nie mam pojęcia, co robić, czuję, jakby przy ziemi trzymał mnie łańcuch. Kocham moją dziewczynę, ale ze świadomością, że ma skłonności do zdrad i nie kocha mnie tak jak ja jej, oraz potrzebuję prawdziwie chłopięcego związku. Duszę się leżąc w wodzie, z ustami tuż przy powierzchni, a jednak nie mogę zaczerpnąć powietrza, jestem o te kilka centymetrów za nisko. Czy zmieniłaby coś jej płeć? Być może, ale wciąż pozostaje jej paskudny charakter, którego nie zniósłbym nawet u faceta. Wiem też, że mało jest osób wiernych, które nigdy nie pokusiłyby się na flirt. To też mnie dołuje, zabiera nadzieję, że ktoś byłby dla mnie lepszy.
 Od tych kłótni, które pojawiły się po zamieszkaniu razem w mieście, nasza bliskość zaczęła się wykruszać, aż zniknęła, staliśmy się jak starzy dziadkowie, którzy tylko porozmawiają ze sobą, obejrzą odcinek serialu i pójdą spać. Przestała mi dawać oparcie, mam wrażenie, że zepchnęła tą odpowiedzialność na mnie. Muszę tulić do klaty i obejmować ramieniem mimo, że sam tego potrzebuję. Dlatego nie odnajduję się właśnie w związku z dziewczyną, bo nie potrafię wziąć za nią odpowiedzialności, bronić jej ani dawać psychicznego wparcia. Sam tego potrzebuję. Mam pasywny charakter i czuję się nieszczęśliwy, grając nie swoją rolę. A ona stała się również pasywna i uległa, bez cienia jej dawnej siły i mroku, którymi akcentowała ostatnie słowo w kłótni. To mnie męczy.

Chciałbym móc żyć w zgodzie ze sobą, żyć spełniony i szczęśliwy jako gej, z gejem, wtulony, otoczony opieką, troską. Być sobą, bez kłótni, bez zazdrości, nieufności, zdrad... Żeby wszytko było tak, jak powinno w związku być. Romantyzm, spontaniczność. Czekam, czy może kiedyś się coś zmieni. Póki co nadzieją jest dla mnie tylko walka o swoją płeć, że może to coś poprawi, bo póki co nawet poznając fajne osoby, mam ochotę schować się pod kocem i stamtąd ich obserwować.

17 września - testy potwierdzające transseksualizm u psycholog
28 września - wizyta u seksuologa po skierowanie na badania krwi i poziomu testosteronu w organiźmie

piątek, 2 września 2016

03. The day I realized I'm a boy.

 Wbrew powszechnie przyjętemu mitowi, nie znam nikogo (ani sam jedną z takich osób nie jestem), kto od dziecka wiedziałby, jakiej jest płci. Powodem tego jest fakt, że dzieci nie wiedzą, co mają w spodniach. Nie odczuwają popędu ani nie utożsamiają się z żadną z płci, dlatego chłopcy mogą bawić się razem z dziewczynami w dom, szkołę, doktora, a zabawki - nie oszukujmy się - dobierają im rodzice. I ja sam byłem bardzo uniwersalny, bawiłem się z kolegami lalkami, a później jeździłem z nimi rowerami po lasach i uciekaliśmy przed dzikami, wróżyliśmy sobie "jaki będzie Twój wymarzony chłopak", a potem skakaliśmy przez płoty żeby kraść gruszki. Zarówno ja, jak i moi koledzy, jak widać, nie czuliśmy różnicy płci. Zaczęliśmy po skończeniu 2-3 klasy podstawówki. I nagle w klasie zrobiły się dwa obozy - dziewczyn i chłopaków. Obozy te były coraz mocniej widoczne im starsi się robiliśmy. Po pójściu do gimnazjum spanie razem już nie było ok, nic nie było ok, nawet z dziewczynami, bo już wtedy zacząłem być posądzany o lesbijskie zapędy, a plotka się niosła, i w ten sposób nieświadomy niczego wracałem na drugi dzień do szkoły by dowiedzieć się od paru życzliwych osób, że przystawiałem się do bogu ducha winnej ofiary, którą była moja przecież przyjaciółka. Z tych i wielu innych przyczyn przestałem ufać ludziom, a "przyjaciółkom" zwierzać się z tego, że czuję, że coś jest we mnie innego. Pamiętam, że jak miałem mniej więcej 13 lat, w naszej klasie był nawet pewnego rodzaju "klub biseksualistów", do którego i ja należałem, i z naszej czwórki do tej pory wyłamała się tylko jedna osoba (była to dziewczyna, która, czego jestem pewien w duchu i mam na to pewne nudne argumenty, chciała po prostu przypodobać się naszemu koledze). A więc ci, którzy poczuli się inni, zauważyli to u siebie dość szybko, ale nie na tyle szybko, by być jeszcze dzieckiem! Przez lata przewijało się przez moje palce wiele znajomości z innymi "biseksualistami", "homoseksualistami", ale nikt z osób, które poczuły to po czasie, nie był tak szczery z tym, jak nasz właśnie mały klub. Nie miał wtedy na nas wpływ internet ani moda, nie byliśmy też ze sobą związani przyjaźnią, było to raczej tylko miłe przekonanie, że nie jest się z tym samym.
  Lata mijały, próbowałem być wszystkim. Na poważnie podjąłem się bycia chłopakiem w wieku 15 lat, ale o tym, dlaczego przerwałem i jak to wyglądało, opowiem może innym razem. Chciałbym w tym wpisie skupić się na dniu, w którym absolutnie stuprocentowo poczułem, że jestem sobą. Dzień ten nastał po uwolnieniu się od szkoły, małego miasta z którego pochodzę oraz opinii rodziny: "a co powie babcia jak zobaczy, że ściąłem włosy, a co powie dziadek". Zacząłem wtedy mocniej skupiać się na sobie, i gdyby przedstawić to za pomocą wykresu, to mój wiek lat piętnastu byłby wysokim skokiem o 15 kresek w górę, później uśpionym stanem 2-3 kreseczek i wreszcie, z wiatrem wolności we włosach, nastał skok o 50 kresek, później więcej i więcej, a teraz jestem już chyba na etapie "rysujemy nowy wykres, tym razem postępów, bo świadomość została osiągnięta". Zaczęło się śmiesznie i przypadkowo, jak poprzednim razem, bo chciałem zrobić mojemu chłopakowi niespodziankę (na szczęście jest takim samym trudnym przypadkiem jak ja, ale kocha mnie na tyle, by akceptować siebie i mnie). Zdjąłem swoją spódniczkę, odpiąłem treski i założyłem swoje ciuszki, trochę wręcz za małe, męskie, które leżały w szafie od tamtego czasu nie noszone już przeze mnie. I coś się we mnie zmieniło. To było jak głośne klaśnięcie w ręce nad uchem przysypiającej osoby. Później zdecydowałem się wyjść tak na miasto. I od tamtego dnia, stopniowo, powoli, szukając w tym szaleństwie również swojego stylu, stawałem się coraz bardziej szczęśliwy. Oczywiście, nie wiedziałem, co się dzieje. Zajęło mi dość sporo czasu rozmyślanie nad sobą. Założyłem tumblra (link z boku), gdzie zacząłem gromadzić piękne rzeczy, które mi się podobają. I tak po nitce do kłębka, i odkryłem siebie. A kłębek ten okazał się multum ukrytej pewności siebie, szczęścia, radości z siebie, z życia, i wyzwolenia seksualnego. Nagle moja niechęć do soft porno, damskiego działu, damskich zachowań, ich towarzystwa, ich zainteresowań... Wszystko stało się takie jasne i oczywiste. Takie proste i takie ukryte jednocześnie, schowane tak, że sam nie wiem, jak udało się temu wyjść na światło dzienne. Zacząłem płakać ze szczęścia coraz częściej, im większe zmiany wnosiłem w swoje życie i siebie. Miewałem i miewam strach w sobie, niepewność czy wszystko robię ok, ale wsłuchuję się wtedy w swoje emocje, w to, co mówi mi serce, czy na widok czegoś pięknego ściska mnie w sercu czy w brzuchu (serce to ja, a brzuch i niższe rejony to pożądanie), czy czuję radość wypełniającą mi głowę, czy mimowolnie wykrzywiam usta. Wsłuchanie się w siebie pozwoliło mi odkryć tyle prawdy o sobie, że tylko sobie tak myśląc i myśląc w kółko (albo i spychając w ogóle ten temat na bok, bo "operacje są drogie i miejmy nadzieję, że mnie to nie dotyczy") nie doszedłbym do tej ukrytej we mnie osoby. A jednak ona istniała. Pokazywała się co jakiś czas mocniej, a najczęściej po cichutku, ale była tym brakującym puzzlem układanki. Tym, co naprawiało niepasujący element.
 Jeśli mam smażyć się w piekle za tatuowanie się, zmianę płci - czytaj: poprawianie "doskonałej natury", biorę to na klatę. Bo życie w takim więzieniu, jakim jest złe ciało i przypasowane mu złe role, problemy z którymi ja - chłopak - sobie nie radzę, jest JUŻ piekłem. Przeżyłem dopiero świadomie z tym ciałem jakieś 5 lat, i nie wyobrażam sobie żyć tak do końca. To tyle w tym temacie. Dziękuję za uwagę.

 O swoim pierwszym poważnym odkrywaniu siebie napiszę, jak mówiłem, innym razem.

wtorek, 30 sierpnia 2016

02. Questions.

 Uznałem, że może być jakiś sens w tym, że spiszę uciążliwe pytania, które codziennie przelatują mi przez głowę i na które muszę sobie od nowa i od nowa odpowiadać, albo udawać, że ich nie słyszę. Odsuwanie ich jest męczące, myślenie od początku o logicznych argumentach jeszcze bardziej. Dlatego czas raz na zawsze spalić te pytania w mojej głowie, wrzucić tu, uporządkować niczym pilny uczeń notatką w zeszycie, i żyć dalej w spokoju ducha.

1. Co jeśli kiedyś znajdę swoje stare zdjęcia i zrobi mi się żal, że nie jestem już tą osobą? Co jeśli będę chciał, żeby to wróciło?

 Dziś już miałem taką sytuację, że znalazłem swoje stare zdjęcia. Zresztą nie raz mi się zdarzyła. I nie, nie jest mi żal, bo chociaż na zdjęciach byłem wypozowany i starałem się jakoś dobrze wyglądać, to rzeczywistość taka śliczna nie była. Nie potrafiłem nigdy dbać o włosy tak jak należy, niszczyłem je, farbowałem, rozjaśniałem, zasuszałem na siłę żeby były puszyste. Po co ten cały szajs? Bo chciałem być inny, koniecznie odróżniający się od reszty dziewczyn. Nie potrafiłem być normalny, jak wszyscy. Chciałem akcentować swoją odmienność. Często myślałem o tym, że nienawidzę tego, jak mocny makijaż muszę robić, że nie mogę mieć swoich brwi, bo są zbyt gęste, tylko muszę męczyć się z rysowaniem kreseczek, że moje włosy znowu są suche, duże i splątane, że czuję się maleńki w swoim ubrudzonym pastą t-shircie przy tych obciśniętych swoimi ubraniami laskach. Nie chciałem się odróżniać a jednocześnie chciałem i musiałem. Było mi z tym źle, a wyglądając normalnie - było mi jeszcze tragiczniej źle. Nie akceptowałem siebie i ukrywałem to, próbując być jakiegoś innego unikalnego stylu niż inne. I byłem w gruncie rzeczy smutny sam ze sobą. Dlatego teraz, kiedy oglądam te stare zdjęcia, uważam, że jest to ładna dziewczyna, ale na tych zdjęciach nie widać, ile godzin poświęcała na ten wygląd ani jak prawie każdego dnia miała ochotę piznąć te pędzle do makijażu w kąt i zostać w łóżku. Ani tego, że im bardziej się starała wpasować w swoją płeć, próbując różnych styli, tym gorzej się z tym czuła. Jakby wszyscy się patrzyli i krytykowali ją szeptem. Nie widać, że ta dziewczyna naciągała prawie całe życie koszulki na dupę, żeby nie było jej widać rosnących krągłości, że płakała kiedy raz ubrała coś damskiego, co mama pożyczyła, i wskakiwała po szkole z powrotem w t-shirt z Metallicą - tak, ten pobrudzony pastą do zębów, w dodatku z nitką wystającą z boku i popękanym już nadrukiem. Zasiadała przed laptopa, i pogrążona w swoim świecie, unikała wszelkich zdjęć ładnych osób. I płakała, bo coś było nie tak. Orientacja, styl? Nie wiedziała. Tak, tego na zdjęciach nie widać.
 Bycie chłopakiem nie oznacza, że będę diametralnie inny. Mogę, ale nie muszę być. Mogę być tak samo szczupły, mogę mieć długie włosy, a nawet nie porzucać pędzli. Rzecz w tym, że ubrania to jedna sprawa, a poczucie płci w głowie to jeszcze inna. Czy chcę mieć długie włosy jako laska, czy jako chłopak. Czy mam zamiar całe życie uciekać przed ludźmi i naciągać koszulki. Czy odpowiada mi taka rola w społeczeństwie, takie zadania i obowiązki, takie oczekiwania innych. Czy odpowiada mi wizja założenia rodziny, zajścia w ciążę, opieki nad dzieckiem, zajmowania domem. Czy może wolę być decydującym głosem, podejmować ważne decyzje, troszczyć się o rodzinę materialnie, bronić jej. A jeśli żadne z tych pytań by mi nie odpowiadało, czy nie wolę po prostu być uniwersalną wyzwoloną jednostką. Płci natomiast jestem pewien. Moje ciało nie może być uniwersalne (chociaż nie potępiam nikogo, kto przynależności nie czuje, nie piszę jednak o innych, tylko o sobie).
 Wiem jak się czuję w damskich ubraniach i nie sądzę, naprawdę, żeby to wróciło. Jedyne co mi wraca to chęć posiadania pięknych długich włosów, ale napewno nie kobiecego ciała, wiecznie ukrywanego, bo nienawidziłem i nienawidzę, kiedy ktoś patrzy na mnie w ten sposób. I jeśli będę chciał je mieć, to będę miał, i chuj. A jak mi się znudzą, to nie będę miał. Sądzę, że to bardziej spaczenie zawodowe, niż umysłowe na punkcie włosów, i że nie jest to nic złego, że lubię z nimi szaleć. Nienawidzę cichej rywalizacji między laskami, które próbują mnie obczajać, porównać się i nie rozumieją, że jestem z innej bajki. Że mogą mi najwyżej klęknąć przed rozporkiem, a nie podnosić brwi. Jak to powiedziałem mojej psycholog, kiedy wchodzę do sklepu, nie mogę totalnie nic na siebie znaleźć na damskim dziale. Brzydzi mnie to co jest teraz modne i "ładne". Za to z męskiego mogę ubrać praktycznie wszystko, nawet dresy. Kocham męski dział i męską modę, przysięgam. Zostawiam połowy wypłat w tych galeriach i wychodzę z bananem na ryju i pięcioma torbami. Nieważne czy coś jest na przecenie czy nie, jeśli jest tak piękne, że chce mi się płakać, to biorę. A najlepsze jest to, że oszczędzam sobie mierzenia, bo rozmiar t-shirtów jest głównie bez zmian. Takie zakupy to mogę lubić.

2. Czy sprawię tym przykrość rodzinie? Odsuną się ode mnie? Co jeśli w najgorszym przypadku stracę pomoc finansową od taty?

 Cóż, z rodziną mam i tak niewielki kontakt... Grunt, że moja mama to zaakceptowała. Reszta jest nadal na etapie godzenia się z tym, że "jestem lesbijką" (przynajmniej oni sobie tak to wytłumaczyli, a ja ich jeszcze od tego nie odwiodłem, coby nie robić jeszcze większej kontrowersji). W każdym razie radzę sobie tak jak żyję, czyli sam z Krystianem, już dobre pół roku i nie przymieram głodem, toteż nie przejmuję się aż tak, czy się odsuną, czy nie. Zależy mi jedynie na opinii taty, bo jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Jeśli stracę jego pomoc pewnie będzie mi ciężej, ale za dwa lata będę już mógł pracować w swoim zawodzie i tak czy siak miałem zamiar dłużej od niego pieniędzy nie brać. Co ma być to będzie, ale bardzo bym chciał, żeby mnie zaakceptował.

3. Czy jeśli żyłbym w innych czasach z inną modą, mógłbym być kobietą? Chciałbym nosić suknie?

 Myślałem nad tym długo. Ale moda nigdy nie była tak uniwersalna jak teraz. Wolałbym nosić szlacheckie ubrania jak Heathcliff z Wichrowych Wzgórz, dłuższe luźne włosy i siadać pod drzewem zadumany, układać wiersze jak ówcześni romantycy, bądź biorąc pod uwagę barok - niczym książę otulać się złotem i trenami, niż wywalać biust na wierzch jak kobiety przez większość epok. Naturalnie, mógłbym założyć suknię, tak jak teraz mógłbym założyć białe rurki z wysokim stanem, ale to nie znaczyłoby, że czułbym się z tym dobrze, czy przeżył swoje życie w pełni jego poprawnej długości. Być może nie czułbym problemu nosząc ją przez jeden dzień, ale z pewnością nie chciałbym jej nosić codziennie, szczególnie widząc przystojnych mężczyzn w czarnych obciśniętych, stylowych frakach. Ewentualnie zarzucę takim andro-gejo-tranwestytowym stwierdzeniem, że nosiłbym pod warunkiem posiadania pod spodem męskiego ciała. Wspominałem już, że ubiór to osobna sprawa od płci psychicznej. Wmuszanie we mnie "poprawnej" płci jest jak stopniowo wwiercająca się w plecy śrubka. Boli, chcesz ją wyciągnąć, wkurza Cię, że wszyscy ją widzą, ale nosisz na siłę, żeby sprawiać radość mamie.
 Jeśli teraz nienawidzę damskich rozmów, to szczerze, szczerze wątpię, że nawet w innej epoce, ale z tą samą płcią, nagle by mi odpowiadały. Nie wspomnę o wielu przywilejach mężczyzn, które posiadali. Wolałbym z ręką na sercu bieganie po łąkach z innymi chłopakami i łapanie ryb, niż siedzenie w pokoju przez większość życia z książką na kolanach, uważając, by nie zagnieść swojej sukni, ściśnięty niewygodnym gorsetem, nie mający pojęcia co mój mąż robi i z kim jest. Któż by nie wolał takich chłopięcych swobód? A może nie każdy... Cóż, zatem po prostu zostanę przy tym, że JA bym napewno wolał. Teraz kobiety urościły sobie więcej praw, ale wciąż ich pozycja mi nie odpowiada. Lubię przez swoje masochistyczne pobudki poczuć się czasami uwięziony, żeby ktoś mi czegoś zabronił, ale żyć tak na codzień? Cały czas? Nie mieć decydującego zdania, które mam teraz? Nie być głową rodziny, nie podejmować decyzji, przede wszystkim za siebie? W tym wcieleniu nie dałbym tak rady.

4. Czy jestem gotów w tym gorszym przypadku do zmiany pracy?

 Jestem, bo moja praca, chociaż większość czasu nic nie robię, to w tym czasie, w którym muszę obsługiwać klientki, jest wkurwiająca. Nienawidzę lakierów hybrydowych, rozróżniania kolorów, i nienawidzę pierdolenia o właściwościach kremów. Totalnie niemęskie i wkurwiające. Dlatego jak nie ta wyspa to inna, a jak nie inna, to szlag z tym, bo przecież za rok i tak wyprowadzka do Warszawy i zmiana pracy. Myślę, że szefostwo mnie lubi, więc ile sobie jeszcze popracuję to popracuję, "leków" od razu nie dostanę i zmiany też się od razu nie zaczną, więc może uda mi się pociągnąć to jakoś do wyprowadzki. Chociaż lekka, nie jest to moja praca marzeń. Nie mam zamiaru zarabiać wiecznie 1600 i bać się, czy mnie zaakceptują jako chłopaka, bo to taka damska profesja.


 Jeśli coś jeszcze mi się nawinie, edytuję i dodam. Ale myślę, że odpowiedziałem sobie już na wszystkie dręczące mnie pytania - po raz ostatni, konkretny i wyczerpujący.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

01. Are you a boy, or a girl.

  Zbierałem się do tego, żeby pisać od nowa. Zaczynałem i usuwałem. Przechowywałem notatki w wersjach roboczych i usuwałem, zanim zdążyłem je opublikować. Pisałem i wstydziłem się tego, CO pisałem. Wszystko się szybko zmieniało, a "wczorajsze" informacje następnego dnia były już nieaktualne. Raz byłem pewien tego co piszę i pisałem składnie, drugi raz traciłem wątek i nie potrafiłem nic z siebie wydusić, konkretnie opowiedzieć, tylko przelewałem emocje i rzucałem na ekran luźne, niepowiązane słowa. Z jednej strony myślałem o tych osobach, które mnie czytały i chciałem dla nich pisać, z drugiej czułem, że one czytały kogo innego i zawiodę ich nowym sobą. A nowy byłem codziennie od nowa. Coś się działo, coś się zmieniało, później nie działo się nic. Wpierw było do pisania za dużo, później za mało. Wiem, pierdolę trzy po trzy - czy jakoś tak się to mówi (nigdy nie uczyłem się dobrze tych polskich przysłów, bo są według mnie w chuj wieśniackie). Dość o mojej całej nieudolności pisania.

 Wróciłem, by dalej kontemplować nad sobą w ciszy i spokoju, przed białym ekranem, mając za powierników serca jedynie czarne litery. Wróciłem, żeby zastanawiać się, bać, płakać i przeklinać, nienawidzić, kochać i tęsknić. By jednego dnia być pewnym swoich decyzji, i ze słowami przekonania "klamka zapadła" w głowie, szarpać lekarza za rękaw, biegać po mieście i z dumą być kim naprawdę jestem, obwieszczać wszystkim znajomym, że mają mi mówić Oskar, i że absolutnie, absolutnie, nie będę akceptował końcówki "aś"; a drugiego płakać z niepewności, wcierać jedwab w długie treski, oglądać zdjęcia i płakać, że chyba coś straciłem, zatrzymywać się przy stoiskach i oglądać kokardkowe spinki do włosów z cyrkoniami, macać różową koronkę spódniczki upchniętej do kartonu, i myśleć, czy ja ze swojego bycia dziewczyną nie zrobiłem czegoś na kształt byłej ukochanej dziewczyny, do której chętnie być co prawda wrócił, ale wiesz, że tak nie można, no i nie do końca Ci to pasuje, jaką osobą ona była.

  Tak również jednego dnia potrzebuję być absolutnie rozpoznawany na ulicy, w sklepie i w tramwaju tylko i wyłącznie jako chłopak, a drugiego marzę o długich różowych włosach i różu, i koronce, i pluszowych tygryskach. Mimo to, gdzieś pomiędzy tym szaleństwem, jest poczucie, że moje ciało nie chce być odkryte jako dziewczyny. Że nie chcę tego biustu, tych ud, a jednocześnie nie chcę ociekać testosteronem, przypominać zbitej kulki złożonej z samych mięśni, mieć brzydkich dużych stóp i owłosionych paluchów. Myślę o sobie jako o postaci z anime, bądź elfie z żywo zielonego lasu pełnego pięknych stworzeń, która nie ma narzuconych standardów, która ma męski głos, męskie smukłe, szczupłe ciało, a przy tym dowolność ubioru - i to mi odpowiada, napawa entuzjazmem, radością, że oto odkryłem siebie. Problem w tym, że nie żyję w anime, ani w opowieściach fantasy. Rzeczywistość to tramwaje, praca, szkoła, Grażyny na moim osiedlu i jednakowość 90% ludzi, oraz wpatrywanie się we mnie połowy tych właśnie 90%.

 To bez sensu, ale tak jest. Żałuję, że nie mogę żyć w jakimś zapomnianym, nietkniętym ludzką ręką lesie, że nie mogę być szczęśliwy taki, jaki jestem, bez podlegania kulturze, jaka się ogólnie przyjmuje. Bez tego systemu. Bez tych spojrzeń i opinii. Być sobą, leżeć na najniższej gałęzi wierzby, jedną nogę zanurzyć w czystej rzece przepływającej leniwie pode mną, drugą oprzeć o pień porośnięty młodym bluszczem. Obserwować z tej perspektywy ptaki i motyle, mrużyć oczy od słońca przebijającego przez gałęzie, które co chwila zasłania się chmurką i na powrót pokazuje, jakby zbyt nieśmiałe, by wyjść całkiem. Odgarnąć z czoła długie połyskujące, białe włosy, po czym znów oddać się przyglądaniu małym stworzonkom. Żyć z nimi w harmonii, tak jak one żyją ze mną - nie dyskryminują mnie, że jestem inny, nie omijają szerokim łukiem, kochają i tak samo chcą być kochane.

 Wiem, mam piękne, utopijne wizje. Często o tym rozmyślam, a przy tym często jest mi smutno, bo otwieram oczy i widzę miasto. Żadnej zieleni, żadnych lasów, łąk, do których byłem przywiązany, które kochałem, rzek, nad którymi przelewałem łzy, by zmieszały się, popłynęły z prądem - gdzie rzucałem patyczki, tym samym gubiąc problemy, pozwalając wodzie, by je uniosła, poniosła jak najdalej. A jednocześnie nie mogę tam wrócić, bo w małych miastach nienawidzą takich odmieńców. Tylko miasto pozwala mi na pewną anonimowość, na lekceważące machnięcie ręką zamiast opluwania. Mimo to marzę, by kiedyś, kiedy zarobię dość pieniędzy, wyprowadzić się na wieś, tam gdzie nie ma prawie nikogo, zamieszkać w małym nowym domku, pachnącym remontem, gdzie zapach nowości i przytulnego, własnego gospodarstwa, będzie mieszał się z zapachem łąk za oknem. Gdzie kiedy usiądę w kuchni, za oknem nie zobaczę szarego muru, tylko lasy i jezioro w oddali, z błyszczącą taflą, ze śmiejącym się słońcem przeglądającym w tym wielkim lustrze.

 I tym chyba zakończę dzisiejszy wpis. Jutro mam drugą wizytę u psychologa. Muszę przekonać ją, że jestem pewien co robię. Żadnego wahania. Żadnej uniwersalności - bo w psychologicznych książkach nie ma miejsca na bycie sobą.